Napisane przez: Feniks | Luty 21, 2017

Earth – Angels of Darkness, Demons of Light II

Witam serdecznie,

Tym wpisem chciałbym otworzyć serię recenzji dotyczących muzyki niszowej, z którą chciałbym zaznajomić jak najszersze grono słuchaczy. Pomysł przyszedł mi do głowy, z czystej chęci podzielenia się wspaniałą muzyką, którą ja, dzięki dużej dozie ciekawości i szczęścia mogłem poznać. Być może dzięki temu blogowi zespoły te zostaną nieco szerzej poznane i bardziej docenione. Zapraszam zatem w podróż do mojej muzycznej krainy.

Earth – Angels of Darkness, Demons of Light II

Jest to druga część albumu, składająca się z czterech długich kompozycji. Twórczość zespołu Earth zawartą w tym krążku można określić jako muzykę tła – jest to przede wszystkim muzyka którą się kontempluje, która ma nas wprowadzić w pewien nastrój… Mamy tu delikatne brzmienia elektrycznych gitar połączone z bardziej klasycznym instrumentarium, co daje w efekcie wydźwięk nieco jazzowy… Z pewnością nie jest to muzyka “do tańca” i wszystkim, którzy lubią energetyzujące rytmy odradzam ten album. Hipnotyczne kompozycje wykreowane na bazie powtarzających się, prostych melodii poprzeplatane z nagłymi trzaskami perkusji tu i ówdzie, tworzą wbrew pozorom bardzo emocjonalną mieszankę, która potrafi zabrać nas w daleką podróż z miejsca, w którym obecnie jesteśmy. Muzyka, mimo swojej oszczędności i powolnego tempa potrafi być naprawdę wciągająca i (w moim odczuciu) dzięki tej przestrzeni którą tworzy, jest miejsce na kontemplację, marzenia, nastrój. Już od poprzedniego albumu (Bee’s made honey in the lions skull), zespół zdaje się zmierzać ku delikatniejszej i bardziej wyrafinowanej twórczości, co jest w moim odczuciu wielkim plusem – podoba mi się estetyka, wyłaniająca się z tych nowszych utworów.

Z ciekawostek – kapela miała sesję nagraniową z zespołem Nirvana w latach 90.

Napisane przez: Feniks | Luty 20, 2012

O miłości.

Czy jest miejsce na miłość w rozwoju duchowym?
Jak najbardziej!
Piękna mowa Ajahn’a Brahm’a.

Napisane przez: Feniks | Październik 9, 2010

Dwie iluzje

Obserwując ludzi w ich codziennym życiu, mam wrażenie, że najbardziej nurtującym problemem jest to, iż ciągle przed czymś uciekamy. Uciekamy przed nieprzyjemnościami, uciekamy przed cierpieniem, uciekamy przed szczęściem, uciekamy przed trzeźwością, uciekamy przed prawdziwymi relacjami, uciekamy przed miłością, uciekamy przed zrozumieniem. Życie większości ludzi zdaje mi się nieustającą ucieczką – przed samym życiem. Nie akceptujemy tego, co nam przynosi, ciągle mocujemy się ze wszystkim, tracąc siły i radość. Z czasem pojawiają się głębokie zmarszczki i nadchodzi śmierć.  Nasza walka dobiegła końca, ale czy to, z czym tak uparcie walczyliśmy zniknęło?

Przez całe życie dręczą nas dwie iluzje – że można uciec od siebie i że można uciec od świata. Co mam na myśli? Po pierwsze, nie można uciec ani od siebie, ani od swojego cierpienia. Jedynie w pełni przeżyty, w pełni zaakceptowany ból zniknie, wraz z poddaniem się temu co jest. Inaczej cierpienie jedynie umocni się, stając się jeszcze bardziej nieznośnym, jeszcze bardziej odgradzając nas od życia i jego radości. Nie ma ucieczki przed waszymi lękami i przed wszystkim innym, co sprawia wam nieprzyjemność. Szukanie na zewnątrz nic nie da. Wszystko co trzeba zrobić, to wniknąć wewnątrz i pozwolić sobie na przeżycie w pełni tego cierpienia. Możesz się całe życie mocować z sobą i nic to nie da, poza coraz większą frustracją. Zmiany będą jedynie powierzchowne. To co masz jest tym co masz. Na tą chwilę to wszystko co masz i nie możesz mieć nic innego, więc szaleństwem jest próba zanegowania tego. To nie oznacza że nie będziesz się rozwijać. To nie oznacza niczego poza pozbyciem się iluzji, że można uciec od tego co jest.

Budda powiedział „Żeby wyzwolić się z kręgu narodzin i śmierci, musisz pozbyć się iluzji, że jesteś Tym Który Działa”. Jakie to ma znaczenie? Czy oznacza bierność? Zastanówcie się nad tym.  Teraźniejszość ciągle jest dla nas niezadowalająca, ciągle chcemy coś w niej zdziałać, by uczynić ją lepszą. Stawiamy tamę między sobą a światem, tamę między sobą a życiem i z całej siły nie pozwalamy rzeczom być, takimi, jakie są. W ten sposób całe życie stawiamy opór życiu – uciekamy więc od czegoś, od czego nie da się uciec. I wtedy nadchodzi śmierć.

Nie ma w chęci poprawy warunków życia nic złego, do momentu, w którym rozumiemy, że na najgłębszym poziomie nie można nic zdziałać, by poprawić świat. Cały trud „zmian” polega na usuwaniu naszych iluzji  i dostrzeganiu tego co jest, w pełnym, ludzkim życiu.

Zacytuję dwie średniowieczne maksymy: „Memento Mori” i „Per aspera ad astra”. Tkwi w nich dla mnie niezwykle głęboka mądrość. Nie można prawdziwie żyć nie pamiętając o tym, że nasze ciało i wszystko do czego jesteśmy przywiązani, nasze gry – wszystko to runie. Nie zabierzemy do grobu nic, poza wrażeniami wspaniałych i okropnych chwil, jakie przeżyliśmy w tym życiu. Wszystko może zawalić się w jednej sekundzie, ale uparcie budujemy w sobie ułudę trwałości, konstruujemy tamy i udajemy że będzie zawsze tak, jak sobie wymyśliliśmy. Wtedy nadchodzi najlepszy weryfikator naszych iluzji, tradycyjnie dość kościsty, z kosą w ręku, szeroko uśmiechnięty. Należy o tym pamiętać w każdym momencie swojego życia. Druga maksyma odnosi się do tego, co pisałem wyżej. Cierpienie jest bramą do wyzwolenia. To dzięki cierpieniu uczymy się najwięcej. Tylko wnikając w swoje cierpienie możemy przeżyć je w pełni i zrozumieć jego naturę, a także dostrzec drogę do wyzwolenia z cierpienia. Cierpienie jest najlepszym nauczycielem, dającym determinację i wskazówki. W pewnym sensie wielkie cierpienie to najlepsze, co może się przytrafić nieoświeconej istocie. Jesteśmy wtedy postawieni pod ścianą. Albo przejrzymy na oczy, albo nasz koszmar będzie trwał. Dlatego mawia się że „Zła sytuacja jest dobrą sytuacją, dobra sytuacja jest złą sytuacją”.

Nie łudźcie się, że czytanie tego da wam wiele zrozumienia. Nic nie zastąpi własnego doświadczenia, drogowskazy są wszędzie, ale trzeba pozostać cierpliwym.  Ja czytałem podobne słowa setki razy, spędziłem wiele bardzo bolesnych dni i godzin zanim doświadczyłem tego o czym mówię. I mimo to nie stałem się nagle nieczułym, unoszącym się nad ziemią robotem. Coś się otworzyło, wpłynęło nieco więcej radości i zrozumienia, proces trwa.  Podzieliłem się tym, co moim zdaniem jest wartościowe, mam nadzieję że nie zostanie mi to poczytane za złe.

Napisane przez: Feniks | Czerwiec 7, 2010

4 lata mogą odmienić oblicze planety!

Dla tych, którzy poddają się i nie liczą na to, że cokolwiek może się zmienić na lepsze na naszej planecie. Film pokazuje jak wiele można zrobić w tak krótkim okresie czasu, jeśli odpowiednia ilość ludzi podejmie inicjatywę.

Napisane przez: Feniks | Maj 6, 2010

Czego nauczył mnie wiatr?

Był to jeden z tych smutnych, zamglonych dni, w które główną rozrywką narodu jest ziewanie i picie alkoholu. Poza ciepłymi, rozświetlonymi wnętrzami domów znajdował się świat nieprzyjazny, ciemny, wilgotny. Niewyraźne sylwetki opatulone szczelnie od stóp do głów w różnego rodzaju ubrania wyłaniały się z mgły, tuż przed moimi oczami, by za chwile znów zniknąć. Wiał przeszywający do kości, lodowaty wiatr. Jak zwykle ubrałem się nieco za lekko jak na taką pogodę i teraz szczękałem zębami z zimna, skurczony, ponury, z rękoma głęboko wciśniętymi w kieszenie. Nie był to zresztą widok niecodzienny – wszyscy dookoła równie skurczeni, z jeszcze bardziej skrzywionymi twarzami starali się jak najszybciej wyjść z tego klimatycznego koszmaru i dotrzeć na miejsce będące celem ich podróży. W krótkim czasie ogólne niezadowolenie „paskudną” pogodą spowodowało u mnie ból głowy, co jeszcze bardziej pogrążyło mnie w zgryzocie.

Wędrowałem tak, coraz bardziej rozdrażniony, aż przyszła mi do głowy pewna myśl: A gdybym tak nie ściskał ciała wewnątrz? Co jeśli po prostu POZWOLĘ wiatrowi wiać? Postanowiłem zrobić mały eksperyment i wyciągnąłem ręce z kieszeni. Choć było to z początku trudne, rozluźniłem się cały i nadstawiłem wprost na wiatr tak, jakby była to orzeźwiająca bryza w gorący dzień. I wiecie co się stało? Natychmiast przestałem szczękać zębami, zrobiło mi się cieplej a niedogodności które odczuwałem ustąpiły. Nadal było zimno, ale teraz CIESZYŁEM SIĘ tym chłodem.

Wyciągnąłem z tego doświadczenia bardzo dużą naukę. Po pierwsze zrozumiałem, jak wiele zależy od naszego postrzegania rzeczywistości. Po drugie, zobaczyłem na własne oczy, jaki jest sens poddania, którego nigdy nie mogłem dostrzec. Po trzecie doświadczenie to ukazało mi, jak ważna jest radość i akceptacja w dążeniu do szczęścia.

Teraz już bardzo rzadko zdarza mi się trząść z zimna. I to wcale nie dlatego, że ubieram się cieplej 😉

Napisane przez: Feniks | Marzec 25, 2010

Medytacja 3

To ty jesteś hałaśliwy i pełen zgiełku,

Wobec tego co się wokół dzieje.

Prawdziwy spokój, dostrzega siebie

W każdej cząstce wichury.

Napisane przez: Feniks | Marzec 1, 2010

Medytacja 2

Napisane przez: Feniks | Luty 26, 2010

Uzależnienie od gier komputerowych.

Czym jest uzależnienie od gier komputerowych?

Dla mnie to zamiana chwilowej przyjemności, w długotrwałą izolację od świata rzeczywistego. To może wydawać się rozwiązanie, przez chwile. Życie wydaje nam się skomplikowane (jakkolwiek, to nasze umysły je stale komplikują), a taka odskocznia daje nam chwilę wytchnienia, chwilę przyjemnej ucieczki w inny świat. Ludzie codziennie uciekają od rzeczywistości i od życia. Przybiera to różne formy. Często nadmiernej religijności, zbytniego obawiania się o przyszłość, lub życia w przeszłości. Ciągle nie jesteśmy zadowoleni tym, co jest tu i teraz. Wolimy być kimś innym, gdzie indziej, w innej sytuacji, lepszym, bogatszym, sprawniejszym. To wszystko możemy znaleźć w wirtualnym świecie. Nawet tam, by nie było zbyt nudno, mamy pewne problemy do rozwiązania. Szybko staje się to ciekawsze od „normalnego” życia. To nie tylko problem ludzkiej psychiki generalnie, ale problem społeczny, w którym dużą winę ponoszą rodziny, stwarzające warunki sprzyjające takiemu procesowi „izolacji” od świata.

Zagadnienie uzależnienia od gier komputerowych, czy też od wirtualnego świata to złożony problem psychologiczny. Nie mam zamiaru rozpatrywać tutaj wszystkich jego czynników. Zastanów się jednak – jak ty/ja na codzień uciekasz od tego co jest? Czemu boisz stawić się czoła prawdzie? Czemu wyzwania traktujesz jako problemy? Ile czasu dziennie spędzasz przed komputerem i czy wyobrażasz sobie życie bez niego? Jak myślisz, jak daleko i głęboko może nas sięgnąć problem ” hikikomori”, „no life’ów”, ludzi, zwykle młodych, którzy nie prowadzą życia, poza tym które odbywa się w komputerze? Czemu narzędzia, które kreuje człowiek by mu służyły, obracają się przeciwko niemu? Jakie są twoje odczucia dotyczące wirtualnej rozrywki?

Ja już jakiś czas temu odpowiedziałem sobie na to pytanie. Był czas w moim życiu, w którym wiele czynników wpłynęło na to, że nadużywałem komputera i powoli się od niego uzależniałem. Na szczęście dość szybko zrozumiałem, że robię się agresywny, organizmowi to nie pomaga, a życie gdzieś tam, ucieka przez palce.

I w tym momencie z własnej nieprzymuszonej woli na 3 miesiące odciąłem się zupełnie od używania komputera. Na początku nigdy nie jest łatwo, ale myślę, że dla tych z odrobiną samozaparcia i silnej woli takie odcięcie się, to najlepszy krok. Nagle zaczniesz zauważać, jaka powstała luka czasowa, którą wypełniałeś dotychczas komputerem. Jak zyskujesz energię i możliwości na robienie sporej ilości rzeczy ciekawszych, niż ślęczenie przed monitorem.

Obecnie jestem negatywnie nastawiony do narastającego nasycenia naszego życia maszynami. Marzy mi się powrót do równowagi, do natury. Myślę, że haust orzeźwiającego powietrza i trochę zimnej wody, wylanej na głowę, przydałoby się nam wszystkim. By poczuć, że się żyje.

Napisane przez: Feniks | Styczeń 29, 2010

Jestem Mistrzem!

Zastosujcie to do całego życia. Gdy brak wam motywacji i sił do walki. Gdy potrzebujecie dać sobie zastrzyk energii, zastrzyk pozytywnego myślenia. Brak odpowiedzialności za własne życie uczyńcie swoim przeciwnikiem.

Na mnie to działa 🙂

Napisane przez: Feniks | Styczeń 26, 2010

Savanto

http://contessanera.deviantart.com/art/Another-Small-Thorn-106339313

„To ty dajesz moc demonom, które zwalczasz.”

– Anthony De Mello, Przebudzenie

To jest historia o pewnym młodym chłopaku. Chłopak ten, zafascynowany duchowością i filozofią dalekiego wschodu wiele czasu poświęcał rozwijaniu i odkrywaniu właściwości własnego umysłu. Wiele nocy spędził na próbach zrozumienia natury świata i ludzi. Doświadczał także wielu niesamowitych przeżyć. Utwierdziły go one w przekonaniu, że wciąż jest wiele niepojętych dla ludzkiego umysłu zagadnień. W miarę jak jego wiedza i poczucie siły rosły, coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu o tym, że „nic nie jest w stanie go zniszczyć”. Nic i nikt.

Pewnego dnia poznał niesamowicie interesującą dziewczynę. Od chwili pierwszej rozmowy zadurzył się w niej. Często wymieniali korespondencję, w której często udzielał jej rad opartych na głębokich filozoficznych przemyśleniach. Imponował jej swoją inteligencją, wiedzą, spokojem i pozytywną energią jaka od niego płynęła. Był dla niej w czymś rodzajem „mistrza”, „słońca”. A jemu, zakochanemu, oczywiście to odpowiadało.

Z czasem więź pomiędzy nimi zawężała się, aż doszło do wymarzonego momentu. Chłopak dowiedział się, iż jego obiekt westchnień odwzajemnia jego uczucia.  Pomimo tego, że coraz bardziej dostrzegał jej wady i to, jak uzależnia się od niego, nie mógł posiąść się ze szczęścia. Był jej narkotykiem i chciał nim być.

Myślał, że może ją zbawić. Że jego pozytywne emocje zniwelują to, co niepoukładane w jej wnętrzu. Poświęcał jej cały swój wolny czas i uwagę, wkładając energię w to, by pojęła pewne rzeczy i zmieniła w swoim życiu na lepsze. Jego ego jej potrzebowało – bo czuł się z tym wspaniale. Jak Bóg.

W końcu przyszedł czas, w którym mogli się spotkać. Znał już jej długą i wyboistą historię. Chciał zrzucić ten ciężar z jej pleców. Chciał oczyścić jej wnętrze, by mogła wreszcie korzystać  w pełni życia i dostrzec jego piękno – tak jak on je dostrzegał. Postanowił zadziałać bezpośrednio. Ułożył ręce na jej splocie słonecznym i brzuchu, koncentrując się z całych sił. Zobaczył ciemność wypełnioną wirami. Używał całej swojej energii, by móc ją rozświetlić.

Po wszystkim czuł się jak zbity pies. Znajomość gwałtownie się zakończyła, pozostawiając głęboką emocjonalną rysę w jego psychice. Długo nie mógł pogodzić się z tym jak z nią postąpił. Dał jej tyle nadziei –  a potem odwrócił się plecami i odszedł. Wiedział, że to dla niego dobre rozwiązanie, ale cierpiał. Porzucił ją szukając normalnej relacji, idąc za głosem serca; oszukał obrazując się jako niemal doskonałego, złamał dane obietnice. Jego wizerunek samego siebie runął w gruzach a poczucie winy nieodłącznie towarzyszyło mu przez kolejne miesiące.

Rzeklibyście, że do tego momentu jest to standardowa, miłosna historyjka, jak jedna z wielu, nie kończąca się w pięknym stylu.

Niestety, zakończenie relacji nie ukoiło jego wnętrza. Zaczął odczuwać wewnętrzny ból, który ukryty lub ujawniony, towarzyszył mu niemal przez cały czas. Radość, energia i spokój zaczęły gdzieś znikać. Z czasem ulatniały się coraz bardziej. Zaczął unikać odpowiedzialności, przestał wypełniać swoje obowiązki, wegetował całymi dniami, resztką sił próbując utrzymać w miarę normalny sposób życia i relacje, na których mu zależało. Mimo to, życie traciło dla niego kolor i sens.

Najgorszy był ból, wypalający od wewnątrz trzewia, od którego nie było ucieczki. Miał silną wolę walki – próbował wszystkich sposobów, i nic nie pomagało. Wiedział że to coś, z czym do tej pory nie miał do czynienia – nie zwykły blok emocjonalny. Długie godziny spędzone na próbach przetransformowania tego bólu utwierdziły go w tym przekonaniu. Dawniej, rozprawiał się z problemami w tydzień lub dwa. A to trwało już miesiące. Czuł jak coraz bardziej opada z sił. Często ogarniały go destruktywne myśli, szukał ucieczki w nieświadomości, nic już nie cieszyło go, sen nie dawał odpoczynku. Nie mógł już ze sobą wytrzymać i nie znosił świata. W głowie przepływały setki myśli, plącząc się w jeden wielki chaos i stawiając go na granicy szaleństwa. Organizm i psychika kapitulowały.

Czuł, że musi coś zrobić. Napisał do zaufanego przyjaciela. Wydawał mu się jedyną osobą, która może  w tej sytuacji coś zdziałać. Liczył na interwencję z zewnątrz, która, jak za dotknięciem magicznej różdżki, przywróci go do stanu, w którym wszystko było dobrze. Prawda okazała się inna. Gdy pierwszy raz zwrócił się do niego o pomoc, nie mógł opanować chaosu swoich myśli, był zdesperowany, gotowy zrobić wszystko, byleby się tak już nie czuć.

Dostał parę rad i użył całej dostępnej mu energii by wcielić je w życie. Już pierwszego dnia zaszły zmiany.  Ból wciąż mu towarzyszył. Zrozumiał jednak, że nie musi grać w grę, dyktowaną mu przez to niszczące, palące uczucie. Zaczął uświadamiać sobie, jak wiele elementów w jego stylu bycia i myśleniu niszcząco wpływało na jego życie. Zrozumiał że to doświadczenie jest potężną lekcją. Przyparty do muru odnalazł w sobie siły do zmiany.

Przyjaciel sugerował, że w grę może wchodzić interwencja istot nadnaturalnych. Chłopak, z natury sceptyczny, wiedział jedno – to co mu doradzano pomagało. Nie było zagrożenia ze strony sprzymierzeńca, bo nie wymagano od niego niczego, co by sugerowało złe zamiary przyjaciela. Dzięki samozaparciu i wysiłkowi woli znów podniósł się na nogi. Nie było łatwo – przychodziły wątpliwości i momenty załamania. Momentami myślał, że to wszystko na nic – i tak skończy jako śmieć, nie da rady. Ale nie poddawał się.

Każdego dnia chłopak koncentrował się na tym, by być spokojnym, unikać negatywnych emocji, niezdrowych zachowań i być jak najbardziej uważnym w każdej chwili. Unikał wszelkiego rodzaju „polepszaczy” humoru, które, w gruncie rzeczy i tak nic mu nie dawały, a często działały z odwrotnym skutkiem. Istniało wiele, mentalnych i fizycznych używek w które uciekał. Teraz musiał stawić czoła własnym demonom. Twarzą w twarz.

Zaczął też widzieć, jak świat wokół ucieka. Ludzie robili dokładnie tak jak on. W takich momentach czuł się wdzięczny za to, że czuje to co czuje i ma szansę coś zmienić. Czuł się świetnie z tym, że wreszcie patrzy „lękom w oczy”, trzeźwy, nie znieczulony. Czuł się jak wojownik, walczący o życie – wygra, lub zginie. To dodawało mu sił.

Pewnego dnia, rozmawiając z przyjacielem zrozumiał, co jest dla niego ważne w życiu. Właściwie, przypomniał sobie o tym. I wiedział, że nie chce tego stracić. Zobaczył, że ma cel, że jego życie może mieć jakąś wartość, jeśli mu ją nada. Kiedyś pełen pasji, teraz zagubiony – postanowił spisać listę celi, jakie chce osiągnąć w swoim życiu. Zawarł umowę z sobą. Niezmordowanie, krok po kroku wcielał te elementy w życie. Nadal czuł ból, ale bogatszy w zrozumienie natury sytuacji i doświadczeni, pilnował, by nie dać się ponieść negatywnym myślom. Zaufał przyjacielowi i otworzył się na niego, zyskując nie tylko sprzymierzeńca, ale i mentora. Zrozumiał – że tylko on, i nikt inny, jest odpowiedzialny za własne życie. Nawet, jeśli będzie obwiniał cały świat, łącznie z sobą – nic się nie zmieni. Wystarczy zacząć działać.

Ta historia miała miejsce naprawdę. Jej bohater wciąż ją pisze, nie wiedząc, jakie będzie zakończenie. Chciałbym, żeby była nauczką dla wszystkich tych, którzy zbytnio wierzą we własne siły, myśląc, że świat zewnętrzny nie ma na nich żadnego wpływu. Dla wszystkich uciekających od życia i odpowiedzialności za nie, oszukujących siebie i innych i nie zdających sobie z tego sprawy. Dla wszystkich tych, którzy ustawili swój żagiel w życiu na niepomyślne wiatry i myślą, że nie ma ratunku.

« Newer Posts - Older Posts »

Kategorie