Hej wszystkim,

No właśnie. Gdzie po kawę? Większość z nas nie zastanawia się specjalnie nad towarami, które kupujemy. Choć świadomość konsumencka z roku na rok rośnie, wygoda zwycięża i ciągle mamy tendencję do brania pierwszej lepszej rzeczy z półki.  Pamiętajmy że głosujemy swoim portfelem i nasze wybory mają znaczenie. Dlatego podaję moje miejsca na zdrowe zakupy.

Hipermarkety stopniowo wprowadzają do swojego asortymentu towary Fair-Trade. Oznacza to, że towary nie pochodzą z wyzysku – krótko mówiąc, że w zamian za uzyskanie towaru o niskiej cenie, nikt nie musiał tracić zdrowia i życia. Jeśli chodzi o Fair-Trade to certyfikat ten ma największe znaczenie jeśli chodzi o towary kolonialne – kakao, kawę, przyprawy, czekoladę, herbatę, egzotyczne owoce. W pozostałych przypadkach w zupełności wystarczy certyfikat BIO który zapewnia, że żywność została wyhodowana bez szkody dla środowiska naturalnego.

Dostępne w hipermarketach kluczowe produkty Fair-Trade:

  • Kawa Sati BIO  – E.Leclerc
  • Czekolada gorzka Bio Village – E.Leclerc
  • Kakao Bio Village – E.Leclerc

Kluczowe produkty BIO, których uprawa w warunkach nieekologicznych prowadzi do ogromnej dewastacji środowiska i zubożenia zasobów naturalnych:

  • Naturavena Bio Migdały – E.leclerc
  • Nerkowce Bio Village – E.Leclerc
  • Oliwa z oliwek Bio – E.Leclerc
  • Awokado BIO – Lidl
  • Banany BIO – Lidl
  • Miód BIO – Lidl
  • Mango BIO – Lidl
  • Ryby Pan do Mar – biosklep.com.pl
  • Cukier trzcinowy Bio – E.Leclerc
  • Sól i pieprz Bio – E.Leclerc

Jeśli chodzi o kosmetyki nietestowane na zwierzętach, dobrym źródłem jest Rossman. Marki na które warto zwrócić uwagę to:

  • Vianek
  • Biały Jeleń
  • Tołpa
  • YOPE
  • Isana

Naturalne, nieszkodliwe dla środowiska środki czyszczące w Rossman:

  • Klar
  • Frosch

Poniżej jeszcze ekologiczne towary biurowe dla firm:

Jeśli w waszej okolicy nie ma sklepu z produktami Bio lub Fair-Trade, to można dokonać zakupów on-line. Polecam robić większe zakupy raz na miesiąc lub kilka miesięcy aby ograniczyć koszty związane z transportem (i przy okazji ślad węglowy):

W następnym odcinku porozmawiamy o etycznych zakupach technologicznych. Czekam na wasze sugestie i znaleziska hipermarketowe w komentarzach – z chęcią powiększymy tą listę!

PS Dopisek ode mnie – zdaję sobie sprawę że są to towary znacząco, niekiedy kilkukrotnie droższe od standardowych. Dlatego właśnie wybrałem kilka kluczowych produktów od których warto zacząć. Nie musi być to przeważająca część naszych zakupów 🙂

Napisane przez: Asti | 11 marca, 2020

Upadek Ikara

Odległość od katastrofy 1000 metrów.

Stoję przed trybunałem stanu skupienia

– werdykt – choroba psychiczna albo śmierć.

 

100 metrów od katastrofy.

Wydaje mi się,

Że ciągle mam wybór.

Napisane przez: Asti | 11 marca, 2020

S.O.S

zwodzę mnie na manowce myśli

zakrzywione linie półokręgi znaczeń

termometr poza skalą

pustka

coraz dalej od ocalenia

Napisane przez: Asti | 20 lutego, 2020

Kolejne podejście do minimalizmu

Na temat minimalizmu napisano już tak wiele, że można by w zasadzie uznać że temat został zupełnie wyczerpany i nie ma co już strzępić w tej kwestii języka.

Postanowiłem jednak wykorzystać tą stronę i jej przewodni motyw – drogę do wolności – jako mój sposób na uwalnianie się od rzeczy.

Ostatnie lata były dość burzliwe jeśli chodzi o moje minimalistyczne podejście – pozbyłem się wielu niepotrzebnych rzeczy, ale były też momenty kompulsywnego kupowania. Powoli czuję, że dojrzewam do tego, żeby przestać konsumować i naprawdę skupić się na istotnych sprawach w moim życiu.

Na ostatnie urodziny dostałem od partnerki Kindla – to naprawdę świetne narzędzie i choć jestem wielkim fanem papierowych książek, muszę przyznać, że coraz bardziej przekonuję się do czytnika. Zajmuje minimum miejsca (podczas gdy setki moich książek na ten moment spokojnie wypełniłyby regał zajmujący całą ścianę w sporym salonie), pozwala mi na dostęp do ulubionych książek i nie mam problemu z przetransportowaniem go gdziekolwiek się zabiorę. Moje książkowe kolekcjonerstwo sięgnęło chyba już apogeum – nasyciłem się, a czuję nawet przesyt.

Sporo zastanawiałem się co zrobić ze zgromadzonymi książkami – ich ilość jest naprawdę przytłaczająca. Większość z nich przeczytałem i teraz cieszą oko, ale jednocześnie leżą i kurzą się na półkach. Wpadłem na pomysł założenia prywatnej biblioteki – tylko dla przyjaciół – w ramach której moje książki dostałyby drugie życie. Zobaczymy jak ten pomysł wypali. Trzymajcie kciuki!

Oprócz tego w najbliższym czasie zamierzam pozbyć się nadwyżkowej elektroniki – przede wszystkim jednego setu słuchawek bluetooth i starego sprzętu firmowego.

Napisane przez: Asti | 29 sierpnia, 2019

Podstawy Buddyzmu I

Kiedy myślimy o buddyzmie, mamy z reguły przed oczami łysego mnicha medytującego wysoko w górach. Wiecznie skupiony i wyciszony, udziela mądrych rad błądzącym i pomaga im odnaleźć siebie. Prawdopodobnie umie też lewitować, czytać w myślach, zna sztuki walki i zawsze jest w dobrym humorze. Buddyzm na trwałe wszedł do popkultury. Kim jednak naprawdę był Budda i czego uczył? I czy na pewno był łysym panem z brzuszkiem?

Kim tak naprawdę był Budda?

Budda był hinduskim księciem, któremu niczego nie brakowało, jednak mając styczność z ludzkim cierpieniem, porzucił dwór i rodzinę by odnaleźć odpowiedź na pytanie, które nie dawało mu spokoju – czy wszyscy jesteśmy skazani na takie cierpienie i jeśli tak, to po co żyjemy? Opisywany jako młody, przystojny mężczyzna (z włosami, a jakże!), niemal wyniszczył swoje ciało ascetycznymi praktykami, jakie ówcześnie stosowali hinduscy jogini. Słysząc muzyka, strojącego instrument, zrozumiał, że umysł jest do niego podobny – i aby wygrywać na nim naprawdę piękne nuty, należy trzymać się drogi środka, pomiędzy ascezą a hedonizmem. Coś co w dzisiejszych czasach wydaje nam się zdrowym rozsądkiem, w tamtych czasach było dość rewolucyjnym spojrzeniem na ćwiczenie ducha i spowodowało, że Buddę opuściło 6 ascetów, jego najbliższych przyjaciół. Pozostał sam, medytując pod drzewem, aż do osiągnięcia całkowitego zrozumienia własnej prawdziwej natury i świata, który go otaczał. Widząc, jak ludzie cierpią, powtarzając te same niezdrowe nawyki i zachowania, postanowił przekazać to, co zrozumiał i nauczał przez następne 45 lat. Zmarł zwyczajnie, tak jak umierają ludzie – z powodu zatrucia pokarmowego. Nigdy nie nazywał siebie Bogiem, a swojej filozofii religią. 

Czym jest w takim razie buddyzm?

W obecnej formie praktykowany jest w wielu krajach azjatyckich jako religia, dodatkowo jedna z najstarszych. I faktycznie, jak za chwilę się przekonacie, buddyzm zawiera w sobie elementy metafizyczne. Choć ciężko wypowiadać się o buddyzmie jako całości, ponieważ zawiera on wiele odłamów i szkół, można z pewnością stwierdzić, że buddyzm nie jest religią teistyczną – Bóg nie jest w centrum zainteresowania. 

Jeśli buddyści nie skupiają się na oddawaniu czci Bogu, to jakie tematy są dla nich najistotniejsze?

Można uznać, że buddyzm jest religią humanistyczną, bo to ludzkie cierpienie i sposoby jego ukojenia są w centrum jego optyki. Buddyzm można nazwać więc też filozofią, a nawet swojego rodzaju teorią psychologiczną. Nie oznacza to, że elementy rytualne nie odgrywają żadnego znaczenia w życiu codziennym buddysty. Rytuały jednak mają na celu, częściej niż okiełznywać siły nadprzyrodzone i zjednywać sobie łaskawą opiekę lokalnych bóstw, praktyczne umiejętności – ćwiczenie człowieka w skupieniu, dyscyplinie i szacunku do nauk buddyjskich. Są więc częścią mentalnego treningu, który Budda zaprojektował i przekazał innym, aby osiągnęli to samo zrozumienie, którego on doświadczył. W tym sensie każdy z nas – podążając za tymi wskazówkami, może stać się taki, jak Budda. Nie musimy w tym celu jechać do Indii ani rodzić się w książęcym rodzie.

Do czego więc doszedł Budda, po tym jak opuścili go dawni przyjaciele?

Pierwszymi naukami, jakie odkrył i przekazał ludziom Budda, są tak zwane Cztery Szlachetne Prawdy. Jest to zespół prostych, a jednocześnie bardzo wnikliwych obserwacji na temat ludzkiego życia. Budda zaobserwował, że wszystkie czujące istoty (w tym ludzie) pragną szczęścia i chcą uniknąć cierpienia. Cierpienie jednakże istnieje i jest nieodłączną częścią naszego życia – wszyscy doświadczamy choroby, starzenia się i śmierci. Satysfakcja jest więc jedynie przejściowa – i to jest 1 Szlachetna Prawda Buddy – „Istnieje Cierpienie”. Nasze cierpienie ma jednak swoje przyczyny – jest efektem naszych działań, myśli i działań innych osób, które wpływają na szereg czynników zewnętrznych. Nic nie dzieje się całkowicie przypadkowo – i to jest 2 Szlachetna Prawda „Istnieje przyczyna cierpienia”. W trzeciej Szlachetnej Prawdzie Budda mówi o tym, że istnieje zakończenie cierpienia, że nie jesteśmy skazani na to, aby doświadczać ciągłego dyskomfortu – i to najwyższe szczęście nazywa Oświeceniem lub Nirwaną. A zatem 3 Szlachetna Prawda Buddy – „Istnieje zakończenie cierpienia”. Nie można uniknąć fizycznego bólu, posiadając ciało, ale można nie generować dodatkowego cierpienia w swoim umyśle, jeśli odpowiednio go wytrenujemy i podejmiemy właściwe działania – to 4 Szlachetna Prawda „Istnieje droga do zakończenia cierpienia”. Te cztery nauki są podstawą filozoficzną wszystkich istniejących szkół buddyzmu. Budda zachęcał, aby samemu rozmyślać nad jego prawdami – aby przyjrzeć się życiu i sprawdzić, czy ma rację. A jeśli już ufamy, że mógł ową rację mieć – spróbować jego ścieżki do zakończenia cierpienia.

Ale zanim dojdziemy do ścieżki, musimy powiedzieć jeszcze jedną bardzo ważną rzecz o Buddzie. Jako wnikliwy analityk bardzo lubił wyliczanki. Żeby określić, jak iść ścieżką, najpierw trzeba określić, kto tą ścieżką kroczy – i z jakich elementów się składa.

Z czego więc składa się człowiek?

Wg Buddy człowiek składa się z pięciu skupisk (skandh):

  • forma materialna (pali, sanskryt rūpa) – płeć, mowa ciała, temperament, zwinność fizyczna, organizm
  • uczucia (pali, sanskryt vedanā) – przyjemne, nieprzyjemne i obojętne
  • percepcja, (pali saññā, sanskryt saṁjñā) – odbiór informacji zmysłowych
  • formacje mentalne (pali sankhāra, sanskryt saṁskāra) – myśli, różne typy myślenia i właściwości umysłu takie jak zaufanie, elastyczność etc.
  • świadomość (pali viññāna, sanskryt vijñāna) – świadomość informacji napływających ze zmysłów + świadomość magazynująca (alajawidżaniana)

Każdy z nas ma ukryte głęboko w świadomości zalążki pewnych negatywnych nawyków, myśli i działań.  Można powiedzieć, że jest to nasz karmiczny potencjał. Część z tych zalążków rozkwita w naszym życiu, manifestując się w formie pewnych stanów umysłu – powodując widoczne cierpienie nasze i innych dookoła. Te trujące stany umysłu nazywane są splamieniami.

Występuje pięć splamień:

  • Pożądanie
  • Gniew
  • Pycha
  • Ignorancja
  • Zwątpienie

Są trujące, ponieważ każdy z tych stanów prowadzi w konsekwencji do cierpienia. Pożądanie zawsze pozostawia nas z brakiem satysfakcji i chęcią powrócenia do przyjemności lub zwiększenia ich intensywności. Gniew zaślepia i sprawia, że nie widzimy krzywdy innych. Pycha powoduje, że stawiamy siebie ponad innymi, nie widząc, że jesteśmy równi. Ignorancja sprawia, że nie rozumiemy z czego wynikają różne sytuacje w naszym życiu i ślepo je powtarzamy. Zwątpienie powoduje, że nie podejmujemy skutecznych działań i sabotujemy dobre rzeczy w naszym życiu. 

Czy zatem należy się ich pozbywać? Co z nimi robić? 

W buddyzmie nie walczy się z trującymi emocjami w rozumieniu pozbywania się ich, stawiania oporu i innych form auto-agresji. Zaleca się raczej obserwację tych stanów emocjonalnych, zrozumienie skąd się biorą i rozwój pięciu czynników koncentracji, które naturalnie rozpuszczają splamienia:

  1. Wstępne skupienie umysłu pozwala nam utrzymać uwagę na obiekcie medytacji.
  2. Podtrzymywanie skupienia umysłu pozwala nam kontynuować obserwację w stanie skupienia. 
  3. Medytacyjne uniesienie jest rodzajem zachwytu porównywanego do zobaczenia w oddali oazy wędrując po pustyni. 
  4. Szczęście jest stanem zaspokojenia i błogości, kiedy chowamy się w cieniu oazy i pijemy jej wodę.
  5. Jednoupunktowienie integruje wszystkie procesy umysłowe które zachodzą w trakcie medytacji. 

Rozwój tych czynników sprawia, że trujące emocje naturalnie przemijają, podobnie jak ogień, który naturalnie wygasa, gdy do niego nie dorzucamy. 

Sporo słyszałem/słyszałam o karmie, co to jest według Buddy?

Karma to nasze nawykowe tendencje, zakorzenione w umyśle. Uświadomienie sobie, co robimy wspomagane medytacją, prowadzi do deautomatyzacji naszych działań i tworzy możliwość bardziej elastycznego reagowania na sytuacje, harmonijnego funkcjonowania z innymi i tworzenia pętli pozytywnych sprzężeń zwrotnych, które prowadzą do głębszego poczucia szczęścia. Opisuję to oczywiście językiem współczesnej psychologii, ale choć język się zmienił, wciąż chodzi o to samo – czyli o dążenie do szczęścia i unikanie cierpienia.

Artykuł napisany w oparciu o materiały własne i „Szlachetną Ośmioraką Ścieżkę” Bhikku Bodhi.

 

 

Napisane przez: Asti | 24 lutego, 2019

Domy bezludne

dom szuka człowieka

wymagania:

żeby był taki bezpieczny stabilny

żeby był ciepły żeby nie trzeba było dogrzewać

i niech będzie jasny niech ma w sobie dużo słońca

no i najlepiej bez schodów bez zasłon

bez martwych natur w korytarzach

tylko gdzie takich szukać

Napisane przez: Asti | 21 lutego, 2019

Istotom ciemności

Istotom Ciemności

 

może powiedzą że bez zasłon

słońce za bardzo razi w oczy

że lepiej schować się

zjeść swoją zupę ze szkłem

i cieszyć się okruchami ciepła

kiedyś wyszedłem na zewnątrz

było jasno

bolało jak diabli

ale to przynajmniej miało sens

wreszcie było czym oddychać

Napisane przez: Asti | 20 lutego, 2019

Pinokio

Zupełnie zgłupieć

kiedy całe życie żarłem wiedzę

to trudna sztuka

 

Głowa tak mi urosła

że mam nadzieję odpadnie

i się w końcu odturla

 

I tak ogołocony ze wszystkiego

wrosnę w ziemię zapuszczę korzenie

wyssę z niej soki

i ożyję

 

Jak Pinokio który

chciał stać się

prawdziwym chłopcem

Napisane przez: Asti | 23 kwietnia, 2018

Buddyzm, a demokracja.

Kilka lat temu, w połowie tygodniowego odosobnienia medytacyjnego, dołączyłem do kolejki, aby porozmawiać z najstarszym nauczycielem grupy. Oczywiście, już wcześniej rozmawiałem z nim wiele razy, zarówno podczas indywidualnych rozmów dotyczących praktyki, jak i w bardziej nieformalnych okolicznościach, np. podczas posiłków organizowanych często przez grupę. Jednak tym razem chciałem zadać kilka pytań, które nie dotyczyły medytacji. Dotyczyły jego.
Rozważałem przyjęcie Schronienia, czyli ceremonii, w której składa się bardziej formalne zobowiązanie wobec całej praktyki. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego, w co wchodzę, więc zrobiłem w Internecie małe rozeznanie odnośnie buddyjskich społeczności w USA w ogóle, a w szczególności tej, z którą sam się spotykałem.
To, co znalazłem było, cóż, zastanawiające. Poza sensacyjnymi zarzutami dotyczącymi różnych nauczycieli Buddyzmu w USA, pojawiły się też szczegółowe plotki o grupie, w której byłem i jej głównym nauczycielu. Nie wiedziałem, czy to, co pisali, było prawdą, a nawet jeśli, to nie wydawało się na tyle poważne, bym chciał opuścić grupę. Jednak miałem kilka pytań.
Co właściwie nie jest tym samym, co oczekiwanie odpowiedzi. Właściwie, to jakie odpowiedzi mógłbym dostać nie było dla mnie aż takie istotne. Co było ważne, to żeby nauczyciel był otwarty na zadawanie pytań, nawet (a może w szczególności), gdy pytanie dotyczyło jego własnego zachowania. I naprawdę spodziewałem się, że tak właśnie będzie. Cała grupa kładła spory nacisk na utrzymywanie otwartego i dociekliwego nastawienia, a sam nauczyciel miał opinię kogoś, kto nie przykładał zbyt wielkiej wagi do formalności.
Ze swojej pomyłki zdałem sobie sprawę już w parę minut po wejściu do pokoju. Kiedy próbowałem wyjaśnić, dlaczego mam pewne obawy w odniesieniu do skandalu w innej buddyjskiej grupie, to powiedział mi, że większość plotek dotyczących nauczycieli była zwyczajnie nieprawdziwa. Kiedy powiedziałem mu, że rozważam przyjęcie Schronienia, powiedział mi, żebym się wstrzymał, gdyż wyraźnie robię to z niewłaściwych powodów. Powiedział też, że nie mam prawa zadawać tych pytań. Przez większą część rozmowy trząsł się z wściekłości.
Delikatnie mówiąc, nie tego oczekiwałem od starszego nauczyciela Buddyzmu, zwłaszcza tego, który wcześniej dał się poznać jako genialny człowiek o otwartym umyśle. Nagle poczułem się bardzo samotny w tym ośrodku odosobnienia, w grupie, która pochłaniała każde słowo nauczyciela.
Później poszedłem do zaufanego przyjaciela, starszego mężczyzny, który przez lata spotykał się z grupą, ale ujawnił wcześniej, że miał pewne wątpliwości co do głównego nauczyciela. Kiedy opowiedziałem mu o tym, co się wydarzyło, odpowiedział, że nauczyciel zdecydowanie „spieprzył sprawę” – i to nie po raz pierwszy, tylko ludzie, którzy weszli z nim w konflikt, zwykle po prostu opuszczali grupę. Kiedy wróciliśmy do ośrodka, powiedział do mnie z mieszaniną żalu i rezygnacji: „To świetna wspólnota. Ale trzeba sobie uświadomić, że to nie jest demokracja”.
„To nie demokracja” byłoby prawdopodobnie uczciwym opisem wielu buddyjskich ugrupowań na Zachodzie. Nauczyciel często jest postacią otoczoną czcią. Zauważyłem, że szczególnie dotyczy to grup Zen i tybetańskich, bastionów Guru Joga, w których nauczyciel postrzegany jest jako ścieżka do oświecenia. Ale widziałem też nauczycieli z kręgu Vipassana, którzy darzeni byli bezkrytycznym rodzajem uwielbienia.
Myślę, że częściowo jest to spowodowane ideą Przekazu Dharmy, rodzaju apostolskiej sukcesji, w której intymna znajomość dharmy jest rzekomo przekazywana z pokolenia na pokolenie, ostatecznie sięgając aż do samego Buddy. Z czasem zauważyłem w różnych grupach, że nauczyciele, którzy mają Przekaz, utrzymują autorytet nie tylko duchowy, ale też instytucjonalny: to często na nich zdaje się grupa przy podejmowaniu dotyczących jej decyzji. I w istocie, ceni się ich tak wysoko, że zwykłe mechanizmy kontroli i równowagi – audyty finansowe, zarząd, itd. – często wydają się być niepotrzebne.
W rezultacie wiele z sangh cierpi na alarmujący deficyt demokracji. Formalne konsultacje z członkami grupy zdarzają się rzadko. Przywódcy prawie nigdy nie są wybierani. Podejmowanie decyzji w drodze procesów demokratycznych, takich jak głosowanie, jest praktycznie niespotykane. To powinno być dla nas zaskakujące, gdyż zachodni Buddyści postrzegają siebie jako ludzi postępowych i chętnych do współpracy. Wielu z nas prawdopodobnie poparłoby egalitaryzm i demokrację jako kluczowe wartości. Jednak większość naszych grup jest zorganizowana w sposób, którego nigdy nie tolerowalibyśmy w rządzie, czy nawet, w coraz większym stopniu, w naszych miejscach pracy.
Dlaczego tak jest? Istnieje wiele możliwych wyjaśnień, ale moje odczucie jest takie, że w znacznej mierze dajemy nauczycielom tak dużą władzę, bo myślimy, że właśnie taki jest Buddyzm. Przynajmniej wielu z nas przyjęło założenie, że stanowcze przewodnictwo mądrego nauczyciela o starożytnym rodowodzie jest nieodłączną częścią tradycji buddyjskiej.
To wrażenie nie jest całkowicie błędne: oświecony mistrz zdecydowanie jest nieodłącznym elementem wielu tradycji buddyjskich, co potwierdzą wszelkie spotkania z koanami. Nie stanowi to jednak całości tradycji buddyjskiej. Tradycja ta jest rozległa i zróżnicowana, a w jej obrębie istnieje wiele różnych nurtów. Jeden z nich, choć niewiele się o nim słyszy, ma wiele do powiedzenia na temat demokratycznej teorii i praktyki. Co więcej, nie jest to marginalna i świeża część tradycji, ale taka, która sięga bezpośrednio do jednych z najstarszych tekstów w kanonie.
Dla niektórych praktykujących wartości demokratyczne mogą same w sobie wystarczyć, by zaczęli podejmować kroki mające na celu uczynienie ich sangh bardziej demokratycznymi. Dla nich fakt, że demokracja ma swoje miejsce w tradycji buddyjskiej nie będzie taki istotny. Podejrzewam jednak, że znalazłoby się więcej niż kilku zachodnich Buddystów, którzy wciąż obawiają się, że odejście od tego, co postrzegają jako formy praktyki uświęcone tradycją w środowisku hierarchicznym, będzie oznaczało, że to już nie będzie Buddyzm. A przecież nie o to chodzi.
Co się tyczy zasady, że przy podejmowaniu decyzji należy wcielić w życie opinię większości… starożytne pisma mówią… by wśród trzech osób podążać za tym, co sądzą dwie z nich… co stało się dobrym zwyczajem … od przeszłości do naszej teraźniejszości. Słowa te pochodzą z dokumentu przechowywanego w japońskiej świątyni. Dokument datowany jest na 1335 r. i pochodzi z Gakuen-ji w prowincji Izumo, jednego z najstarszych i największych klasztorów w kraju. O co chodziło tym mnichom? Czy ich widoczny entuzjazm do podejmowania decyzji większością głosów był tylko wyjątkiem, ekscentrycznym odejściem od tego, co robiły wówczas inne świątynie buddyjskie?
Najwyraźniej nie. Jak wykazał niemiecki historyk Markus Rütterman, w tym samym okresie czasu kilka japońskich klasztorów podejmowało decyzje większością głosów. Na przykład mnisi z Jingo-ji w Kioto wg dokumentu świątynnego datowanego na 1185 r. również większością głosów podejmowali decyzje dotyczące społeczności. Więc mnisi z Gakuen-ji nie byli odłamową sektą. Byli reprezentantami powszechnie przyjętego sposobu działania w japońskich klasztorach od XII do XIV wieku.
Niektórzy uznają to zjawisko za wystarczająco interesujące samo w sobie: cała tradycja klasztoru buddyjskiego, w której decyzje podejmowano głosem większości, była normą! Ale osoby sceptyczne odnośnie buddyjskiej demokracji będą chciały zadać więcej pytań. Na przykład: czy ta japońska tradycja sama w sobie była anomalią, odchyleniem od głównego nurtu buddyjskiej praktyki klasztornej?
Spójrzmy jeszcze raz na słowa, które zacytowałem z Gakuen-ji. Nie mówią jedynie, że podejmowanie decyzji głosem większości jest „dobrym zwyczajem”. Dodają też, że zwyczaj ten działa od dawna, „od przeszłości do naszej teraźniejszości”. Utrzymują przy tym, że jest on też usankcjonowany przez „starożytne pisma”.

6600385-9dbf6c3c-500

Gakuen-ji w Izumo w Japonii, gdzie mnisi w XIV w. podejmowali decyzje głosowaniem większościowym.
O jakie starożytne pisma chodzi? Prawdopodobnie odniesienie to dotyczy Vinaja Pitaka – zbioru świętych pism opisujących praktyki klasztorne, którego część zawiera dialogi na temat głosowania większościowego. Szczególnie interesujące są zasady pięciopunktowej dyscypliny zawarte w tym tekście, który według tradycji został przywieziony ze Sri Lanki do Chin w V wieku przez słynnego chińskiego pielgrzyma Faxiana (Fa-hsien), który przetłumaczył go z sanskrytu. W tekście Kosza Dyscypliny (Vinaja Pitaka) przedstawiono siedem różnych technik rozwiązywania sporów, wśród których wymienione jest „określenie woli większości”. Następnie opisuje kilka różnych obszarów spornych, w odniesieniu do których głosowanie może być właściwie, przynajmniej pod pewnymi warunkami. Opisuje też stosowanie kijków do głosowania, które można rozdać, a następnie policzyć.
Jak pisze niemiecki uczony Egon Flaig w swojej książce poświęconej podejmowaniu decyzji głosowaniem większościowym (Die Mehreitsentscheidung, 2013), podobne dialogi można znaleźć w palijskiej Vinai, a zwłaszcza w Mahāparinibbāna Sutta, Mahavadze i Cullavadze, tekstach, które stały się częścią kanonu w IV-III wieku p.n.e. Flaig wskazuje, że są to najwcześniejsze znane teksty pochodzące spoza Europy, które dotyczą procedur decyzyjnych.
W tekstach tych głosowanie większościowe jawi się jako główny sposób, w jaki powinno się podejmować decyzje we wspólnocie klasztornej. Odbywa się ono przez głosowanie tajne (przy użyciu kijków do głosowania), przez podniesienie ręki lub wyszeptanie swojego głosu do ucha innego zakonnika. Przewiduje się również, że dane działanie jest bezprawne, jeżeli kierujący zgromadzeniem wie, że większość osób nie zgadza się z podjętą decyzją.
Jednocześnie, w przypadku sporu o to, jak należy stosować przepisy klasztorne, decyzję może podjąć zarówno komisja wybrana w tym celu, jak i większość głosów na zgromadzeniu klasztornym. W przypadku ordynacji lub decyzji o bardzo osobistym charakterze, zaleca się jednomyślność. Zgromadzenie klasztorne ma ponadto przywódcę, który może odrzucać decyzje, jeśli zagrażają one jedności sanghi. Starsi mnisi mogą prosić młodszych mnichów o odstąpienie od opozycji, jeśli uważają, że na szali znajduje się ważne prawo.
Tak czy inaczej, dowody na demokrację w klasztorach buddyjskich są dość mocne. Japońskie dokumenty klasztorne pokazują, że głosowanie większościowe (z japońskiego: tabun) było z pewnością praktykowane w Japonii pomiędzy XII a XIV w; a teksty Vinaji sugerują, że nie było to nowe rozwiązanie, lecz zgodne z tradycją sięgającą początków Buddyzmu.
Czy ta tradycja mogła sięgać jeszcze dalej? Tak uważa Egon Flaig. Sugeruje on, że praktyki demokratyczne we wczesnym Buddyzmie wyłoniły się z kontekstu republikańskich miast-państw starożytnych Indii, które kwitły w V i IV wieku p.n.e. Często rządziła nimi rada szlachecka (sabha) złożona z arystokratów płci męskiej, rządząca samodzielnie lub z pomocą zgromadzenia (samiti).
Czy te miasta-państwa były demokratyczne? Znaczna część odpowiedzi na to pytanie zależy od tego, kto uczestniczył w ich zebraniach, które porównywano do popularnych w starożytnej Grecji zgromadzeń. Niestety, sale, w których odbywały się te starożytne indyjskie zgromadzenia, mogły pomieścić około 500 osób, czyli znacznie mniej niż około 6 tysięcy, które mogły spotkać się na zgromadzeniu pod gołym niebem (ekklesia) w klasycznych Atenach. Zamiast być prawdziwie popularnym zgromadzeniem, samiti mogło po prostu reprezentować nieco mniej ścisłą elitę niż sabha. Prawdą jest, że niektóre źródła greckie, takie jak pisma historyka Diodora Sycylijskiego pochodzące z I w. p.n.e., używały greckiego słowa demokratia w odniesieniu do indyjskich miast-państw. Jednak w tamtym momencie greccy autorzy zaczęli używać tego słowa odnośnie każdego państwa, które nie było monarchią lub republiką. Flaig ma więc prawdopodobnie rację nie nazywając tych indyjskich miast-państw demokracjami, a zamiast tego stosując termin „para-demokracje”.
Co więcej, jak przyznaje sam Flaig, klasztory buddyjskie były bardziej demokratyczne niż indyjskie miasta-państwa pod jednym istotnym względem. Tam, gdzie miasta-państwa posiadały radę szlachecką i nieco mniej elitarne zgromadzenie, klasztory buddyjskie zlikwidowały radę szlachecką i pozostawiły jedynie zgromadzenie. Ponadto, wygląda na to, że ich zgromadzenia obejmowały wszystkich mnichów, nie tylko elitarną część.
Mogło być więc tak, że choć najwcześniejsi Buddyści przejęli pewne demokratyczne idee od republikańskich miast-państw starożytnych Indii, to sami zdecydowali się pójść drogą demokratyczną o krok dalej. Innymi słowy, idea działania demokratycznego w starożytnych Indiach mogła nie być jedynie czymś wiszącym w powietrzu. Być może od samego początku był to charakterystyczny element Buddyzmu jako ruchu.
O tym, że mogło tak być, wspomniano w kanonicznym tekście Pali, Digha Nikaya 16 (DN 16), który dotyczy tego, jak kanclerz króla Magadhy przychodzi do Buddy, aby zapytać, czy powinien zaatakować konfederację Vajii, ligę republikańskich miast-państw.
Budda nie odpowiada wprost, ale zwraca uwagę, że obok wielu innych pozytywnych praktyk w Vajii mają też częste i chętnie uczęszczane zgromadzenia, po czym sugeruje, że tak długo, jak to robią, to król Magadhy nigdy ich nie podbije. Idea jakoby demokracja była dobra częściowo dlatego, że pomaga pokonać wrogów, może nie wydawać się szczególnie buddyjska. Jednak w świecie tak zaciętej rywalizacji, jak rzeczywistość starożytnych indyjskich miast-państw, nie mogło być lepszej rekomendacji dla stosowania rządów większości.
Istnieją zatem dobre dowody na to, że demokracja była czymś, o czym Buddyści od dawna myśleli i co praktykowali. W istocie, Buddyści rozważali i praktykowali demokrację, odkąd w ogóle istnieją. Może się nawet okazać, że jedną z rzeczy, którą wyróżniali się najwcześniejsi Buddyści było to, to że przyjęli demokratyczne podejmowanie decyzji w stopniu większym niż ktokolwiek inny.
Dla tych z nas, którzy przywiązują wagę do działania w zgodzie z tradycją, nie ma powodu, by odrzucać demokrację w naszych sanghach. Działania demokratyczne, takie jak podejmowanie decyzji głosem większości, mają w buddyjskiej historii miejsce co najmniej tak ważne, jak praktyki autorytarne, np. Przekaz Dharmy.
Rzeczywiście, można stwierdzić, że praktyki autorytarne w Buddyzmie były po prostu odzwierciedleniem autorytarnych instytucji, które były normą w wielu krajach na przestrzeni historii ludzkości. Dla odmiany, praktyki demokratyczne można wiarygodnie uznać za nieodłączną część Buddyzmu jako ruchu intelektualnego i duchowego – część, która zbyt długo była przyćmiewana i spychana na margines.
W jakim położeniu stawia to nas jako praktykujących? Cóż, oznacza to, że mamy teraz wybór, nawet jeśli nalegamy na kultywowanie tradycji buddyjskiej. Czy bardziej podkreślimy autorytarne cechy tradycji czy te demokratyczne?
Jeśli położymy nacisk na bardziej demokratyczne aspekty tradycji, to prawdopodobnie nie powinniśmy się zbytnio martwić o to, jak właściwie będzie wyglądać demokracja w naszych poszczególnych społecznościach. Jednym ze sposobów na to, byłoby wybieranie przywódców, podobnie jak głosowanie nad wszystkimi kluczowymi kwestiami stojącymi przed wspólnotą, na wzór klasztorów takich jak Gakuen-ji.
Istnieje też więcej sposobów, na jakie można do grupy wprowadzić więcej demokracji. Na przykład, stanowiska służbowe mogą zostać obsadzone poprzez losowanie nazwisk. W grupie, w której obecnie przebywam, zadanie poprowadzenia wieczornych sesji przydzielane jest stałym uczestnikom w tygodniowej rotacji. W grupie, z którą zwykłem przebywać w San Francisco, przekazywano srebrną sowę lub plastikowego chrabąszcza (każdy przedmiot się nada), przyznając w ten sposób osobie trzymającej chwilowo dany przedmiot prawo do niezakłóconego przemawiania.
Sam nie byłbym zaskoczony, gdybym dowiedział się, że takie zwyczaje są bardziej powszechne, niż może się wydawać; prawdopodobnie wiele małych grup automatycznie utworzyło się w sposób demokratyczny. Nie powinniśmy popełniać błędu w postaci postrzegania tego jako rodzaj działania, który podejmuje się jedynie wtedy, gdy nie jest się prawdziwie buddyjską grupą i nie wie się o uświęconych tradycjach takich jak np. Przekaz Dharmy.
Z drugiej strony, te instytucje buddyjskie – a istnieje wiele dobrych – które nadal podtrzymują praktyki takie jak Przekaz Dharmy, powinny być świadome, że reprezentują w ten sposób jedynie część tradycji – a nie całą Tradycję Buddyjską, kropka. Powinni też wiedzieć, że mogą swobodnie odejść od takich praktyk, nie czyniąc się w rezultacie mniej buddyjskimi.
W jakim położeniu mnie to stawia, pół dekady po szoku związanym z moim spotkaniem oko w oko z tym starszym nauczycielem? Oczywiście, na jakiś czas całkiem zniechęciło mnie to do praktykowania. Po namyśle i rozmowach z przyjaciółki zdecydowałem się jednak przyjąć Schronienie, choć u innego nauczyciela. I nie żałuję.
Od momentu opuszczenia tamtej grupy, zasiadam z grupami Vipassany, czyli grupami medytacyjnymi powiązanymi z Hinduizmem oraz z Religijnym Towarzystwem Przyjaciół (Kwakrami). Przez kilka lat byłem pełnoprawnym członkiem grupy Zen, ale w końcu skupianie się na nauczycielu znów okazało się dla mnie być przesadne (mimo, że ten konkretny nauczyciel wydawał się być całkiem przyziemny).
Obecnie zasiadam z małą grupą, która nie wyznaje żadnej dziedzicznej linii ani nauczyciela. Spotykamy się na zasadzie równości jako ludzie, którzy są zainteresowani wspólną medytacją, a następnie rozmową na jej temat.
Czy jest to grupa buddyjska? Niekoniecznie tak to widzę i nie sygnalizujemy takiego przesłania światu zewnętrznemu. Przede wszystkim jest to grupa, w której praktykuje się medytację, w większości w sposób buddyjski (a nie, powiedzmy, chrześcijański czy hinduistyczny).
Jednocześnie nie ma jednak w tym niczego nie-buddyjskiego. I zdecydowanie nie jest tak, że to nie-buddyjskie, bo działamy w sposób egalitarny. Nie ma powodu, by sądzić, że nie podążamy drogą Buddyzmu tylko dlatego, że nie mamy nauczyciela, którego podziwiamy w kwestiach duchowych i na którego zdajemy się przy podejmowaniu decyzji.
Tak właściwie, jeśli w ogóle myślę o tym w ten sposób, to mam przeczucie, że najwcześniejsi Buddyści, którym wyraźnie zależało na demokratycznych sposobach organizacji, zaaprobowaliby sposób, w jaki to robimy. Czuję, że kontynuujemy ich tradycję duchowej równości, a to daje mi wiele satysfakcji.

James Kierstead

Source: https://tricycle.org/magazine/buddhism-democratic-from-the-start/

Tłumaczenie: Krzysztof Pomykała

 

Napisane przez: Asti | 9 stycznia, 2018

Minimalistyczne wyzwanie – rok bez zakupów

Ten rok zacząłem nowym wyzwaniem – zero nowych zakupów. W skrócie, poza rzeczami niezbędnymi (środki czystości, higieniczne i żywność) nie będę kupował żadnych nowych rzeczy przez rok. Dodatkowe zasady – używam czegoś, póki nie jest zepsute/mocno zużyte – dopiero wtedy mogę zastąpić to czymś innym.

Postanowiłem podjąć taką decyzję z kilku względów. Po pierwsze, zrozumiałem, że wszystkie niezbędne do życia rzeczy już posiadam – i to w nadmiarze. Nie potrzebuję nowego komputera, telefonu, ciuchów, książek. Rzeczy które mam obecnie spokojnie wystarczą mi na przyszły rok, jeśli nie na dłużej. Po drugie, pieniądze które do tej pory wydawałem na kolekcjonowanie płyt i książek, chciałbym przeznaczyć na rzeczy, które wnoszą więcej radości w moje życie – jak usługi pozwalające mi zadbać o siebie i moich bliskich, czy spędzić z nimi wspólnie czas.

Oto co udało mi się osiągnąć:

Lista rzeczy które kupiłem w kolejnych miesiącach:

Styczeń – kupiłem zatyczki do uszu. Niestety nie sprawdziłem dokładnie, czy już jakichś nie posiadam, więc mam teraz dwie pary.

W następnych miesiącach skupiłem się na sprzedaży zbędnych rzeczy. Pozbyłem się większej części swoich ciuchów. Teraz te kilka sztuk, które posiadam, muszę prać kilka razy w tygodniu. Nie jest to więc najpraktyczniejsze rozwiązanie ze względu na zużycie wody i prądu.

Przez większość miesięcy nie było zbędnych zakupów. Wydaje mi się że w okolicach lipca pękłem i kupiłem kilka książek które były mi potrzebne do napisania pracy magisterskiej. W następnych miesiącach nabyłem jeszcze kilka dla przyjemności. Z tym nawykiem najtrudniej mi chyba zerwać.

Był też zakup bluzy i swetra w momencie gdy poprzednie się zniszczyły. Stworzyłem też budżet domowy, zacząłem precyzyjnie liczyć wydatki, obliczyłem ile wydaję na różne kwestie, ile chcę i mogę wydać na żarcie i zacząłem się tego trzymać. Dzięki temu udało mi się przez większość miesięcy odkładać po kilkaset złotych.

Kupowałem natomiast prezenty urodzinowe dla innych, choć zdecydowanie więcej uwagi poświęciłem sponsorowaniu wycieczek/doświadczeń.

Older Posts »

Kategorie