Napisane przez: Asti | Kwiecień 23, 2018

Buddyzm, a demokracja.

Kilka lat temu, w połowie tygodniowego odosobnienia medytacyjnego, dołączyłem do kolejki, aby porozmawiać z najstarszym nauczycielem grupy. Oczywiście, już wcześniej rozmawiałem z nim wiele razy, zarówno podczas indywidualnych rozmów dotyczących praktyki, jak i w bardziej nieformalnych okolicznościach, np. podczas posiłków organizowanych często przez grupę. Jednak tym razem chciałem zadać kilka pytań, które nie dotyczyły medytacji. Dotyczyły jego.
Rozważałem przyjęcie Schronienia, czyli ceremonii, w której składa się bardziej formalne zobowiązanie wobec całej praktyki. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego, w co wchodzę, więc zrobiłem w Internecie małe rozeznanie odnośnie buddyjskich społeczności w USA w ogóle, a w szczególności tej, z którą sam się spotykałem.
To, co znalazłem było, cóż, zastanawiające. Poza sensacyjnymi zarzutami dotyczącymi różnych nauczycieli Buddyzmu w USA, pojawiły się też szczegółowe plotki o grupie, w której byłem i jej głównym nauczycielu. Nie wiedziałem, czy to, co pisali, było prawdą, a nawet jeśli, to nie wydawało się na tyle poważne, bym chciał opuścić grupę. Jednak miałem kilka pytań.
Co właściwie nie jest tym samym, co oczekiwanie odpowiedzi. Właściwie, to jakie odpowiedzi mógłbym dostać nie było dla mnie aż takie istotne. Co było ważne, to żeby nauczyciel był otwarty na zadawanie pytań, nawet (a może w szczególności), gdy pytanie dotyczyło jego własnego zachowania. I naprawdę spodziewałem się, że tak właśnie będzie. Cała grupa kładła spory nacisk na utrzymywanie otwartego i dociekliwego nastawienia, a sam nauczyciel miał opinię kogoś, kto nie przykładał zbyt wielkiej wagi do formalności.
Ze swojej pomyłki zdałem sobie sprawę już w parę minut po wejściu do pokoju. Kiedy próbowałem wyjaśnić, dlaczego mam pewne obawy w odniesieniu do skandalu w innej buddyjskiej grupie, to powiedział mi, że większość plotek dotyczących nauczycieli była zwyczajnie nieprawdziwa. Kiedy powiedziałem mu, że rozważam przyjęcie Schronienia, powiedział mi, żebym się wstrzymał, gdyż wyraźnie robię to z niewłaściwych powodów. Powiedział też, że nie mam prawa zadawać tych pytań. Przez większą część rozmowy trząsł się z wściekłości.
Delikatnie mówiąc, nie tego oczekiwałem od starszego nauczyciela Buddyzmu, zwłaszcza tego, który wcześniej dał się poznać jako genialny człowiek o otwartym umyśle. Nagle poczułem się bardzo samotny w tym ośrodku odosobnienia, w grupie, która pochłaniała każde słowo nauczyciela.
Później poszedłem do zaufanego przyjaciela, starszego mężczyzny, który przez lata spotykał się z grupą, ale ujawnił wcześniej, że miał pewne wątpliwości co do głównego nauczyciela. Kiedy opowiedziałem mu o tym, co się wydarzyło, odpowiedział, że nauczyciel zdecydowanie „spieprzył sprawę” – i to nie po raz pierwszy, tylko ludzie, którzy weszli z nim w konflikt, zwykle po prostu opuszczali grupę. Kiedy wróciliśmy do ośrodka, powiedział do mnie z mieszaniną żalu i rezygnacji: „To świetna wspólnota. Ale trzeba sobie uświadomić, że to nie jest demokracja”.
„To nie demokracja” byłoby prawdopodobnie uczciwym opisem wielu buddyjskich ugrupowań na Zachodzie. Nauczyciel często jest postacią otoczoną czcią. Zauważyłem, że szczególnie dotyczy to grup Zen i tybetańskich, bastionów Guru Joga, w których nauczyciel postrzegany jest jako ścieżka do oświecenia. Ale widziałem też nauczycieli z kręgu Vipassana, którzy darzeni byli bezkrytycznym rodzajem uwielbienia.
Myślę, że częściowo jest to spowodowane ideą Przekazu Dharmy, rodzaju apostolskiej sukcesji, w której intymna znajomość dharmy jest rzekomo przekazywana z pokolenia na pokolenie, ostatecznie sięgając aż do samego Buddy. Z czasem zauważyłem w różnych grupach, że nauczyciele, którzy mają Przekaz, utrzymują autorytet nie tylko duchowy, ale też instytucjonalny: to często na nich zdaje się grupa przy podejmowaniu dotyczących jej decyzji. I w istocie, ceni się ich tak wysoko, że zwykłe mechanizmy kontroli i równowagi – audyty finansowe, zarząd, itd. – często wydają się być niepotrzebne.
W rezultacie wiele z sangh cierpi na alarmujący deficyt demokracji. Formalne konsultacje z członkami grupy zdarzają się rzadko. Przywódcy prawie nigdy nie są wybierani. Podejmowanie decyzji w drodze procesów demokratycznych, takich jak głosowanie, jest praktycznie niespotykane. To powinno być dla nas zaskakujące, gdyż zachodni Buddyści postrzegają siebie jako ludzi postępowych i chętnych do współpracy. Wielu z nas prawdopodobnie poparłoby egalitaryzm i demokrację jako kluczowe wartości. Jednak większość naszych grup jest zorganizowana w sposób, którego nigdy nie tolerowalibyśmy w rządzie, czy nawet, w coraz większym stopniu, w naszych miejscach pracy.
Dlaczego tak jest? Istnieje wiele możliwych wyjaśnień, ale moje odczucie jest takie, że w znacznej mierze dajemy nauczycielom tak dużą władzę, bo myślimy, że właśnie taki jest Buddyzm. Przynajmniej wielu z nas przyjęło założenie, że stanowcze przewodnictwo mądrego nauczyciela o starożytnym rodowodzie jest nieodłączną częścią tradycji buddyjskiej.
To wrażenie nie jest całkowicie błędne: oświecony mistrz zdecydowanie jest nieodłącznym elementem wielu tradycji buddyjskich, co potwierdzą wszelkie spotkania z koanami. Nie stanowi to jednak całości tradycji buddyjskiej. Tradycja ta jest rozległa i zróżnicowana, a w jej obrębie istnieje wiele różnych nurtów. Jeden z nich, choć niewiele się o nim słyszy, ma wiele do powiedzenia na temat demokratycznej teorii i praktyki. Co więcej, nie jest to marginalna i świeża część tradycji, ale taka, która sięga bezpośrednio do jednych z najstarszych tekstów w kanonie.
Dla niektórych praktykujących wartości demokratyczne mogą same w sobie wystarczyć, by zaczęli podejmować kroki mające na celu uczynienie ich sangh bardziej demokratycznymi. Dla nich fakt, że demokracja ma swoje miejsce w tradycji buddyjskiej nie będzie taki istotny. Podejrzewam jednak, że znalazłoby się więcej niż kilku zachodnich Buddystów, którzy wciąż obawiają się, że odejście od tego, co postrzegają jako formy praktyki uświęcone tradycją w środowisku hierarchicznym, będzie oznaczało, że to już nie będzie Buddyzm. A przecież nie o to chodzi.
Co się tyczy zasady, że przy podejmowaniu decyzji należy wcielić w życie opinię większości… starożytne pisma mówią… by wśród trzech osób podążać za tym, co sądzą dwie z nich… co stało się dobrym zwyczajem … od przeszłości do naszej teraźniejszości. Słowa te pochodzą z dokumentu przechowywanego w japońskiej świątyni. Dokument datowany jest na 1335 r. i pochodzi z Gakuen-ji w prowincji Izumo, jednego z najstarszych i największych klasztorów w kraju. O co chodziło tym mnichom? Czy ich widoczny entuzjazm do podejmowania decyzji większością głosów był tylko wyjątkiem, ekscentrycznym odejściem od tego, co robiły wówczas inne świątynie buddyjskie?
Najwyraźniej nie. Jak wykazał niemiecki historyk Markus Rütterman, w tym samym okresie czasu kilka japońskich klasztorów podejmowało decyzje większością głosów. Na przykład mnisi z Jingo-ji w Kioto wg dokumentu świątynnego datowanego na 1185 r. również większością głosów podejmowali decyzje dotyczące społeczności. Więc mnisi z Gakuen-ji nie byli odłamową sektą. Byli reprezentantami powszechnie przyjętego sposobu działania w japońskich klasztorach od XII do XIV wieku.
Niektórzy uznają to zjawisko za wystarczająco interesujące samo w sobie: cała tradycja klasztoru buddyjskiego, w której decyzje podejmowano głosem większości, była normą! Ale osoby sceptyczne odnośnie buddyjskiej demokracji będą chciały zadać więcej pytań. Na przykład: czy ta japońska tradycja sama w sobie była anomalią, odchyleniem od głównego nurtu buddyjskiej praktyki klasztornej?
Spójrzmy jeszcze raz na słowa, które zacytowałem z Gakuen-ji. Nie mówią jedynie, że podejmowanie decyzji głosem większości jest „dobrym zwyczajem”. Dodają też, że zwyczaj ten działa od dawna, „od przeszłości do naszej teraźniejszości”. Utrzymują przy tym, że jest on też usankcjonowany przez „starożytne pisma”.

6600385-9dbf6c3c-500

Gakuen-ji w Izumo w Japonii, gdzie mnisi w XIV w. podejmowali decyzje głosowaniem większościowym.
O jakie starożytne pisma chodzi? Prawdopodobnie odniesienie to dotyczy Vinaja Pitaka – zbioru świętych pism opisujących praktyki klasztorne, którego część zawiera dialogi na temat głosowania większościowego. Szczególnie interesujące są zasady pięciopunktowej dyscypliny zawarte w tym tekście, który według tradycji został przywieziony ze Sri Lanki do Chin w V wieku przez słynnego chińskiego pielgrzyma Faxiana (Fa-hsien), który przetłumaczył go z sanskrytu. W tekście Kosza Dyscypliny (Vinaja Pitaka) przedstawiono siedem różnych technik rozwiązywania sporów, wśród których wymienione jest „określenie woli większości”. Następnie opisuje kilka różnych obszarów spornych, w odniesieniu do których głosowanie może być właściwie, przynajmniej pod pewnymi warunkami. Opisuje też stosowanie kijków do głosowania, które można rozdać, a następnie policzyć.
Jak pisze niemiecki uczony Egon Flaig w swojej książce poświęconej podejmowaniu decyzji głosowaniem większościowym (Die Mehreitsentscheidung, 2013), podobne dialogi można znaleźć w palijskiej Vinai, a zwłaszcza w Mahāparinibbāna Sutta, Mahavadze i Cullavadze, tekstach, które stały się częścią kanonu w IV-III wieku p.n.e. Flaig wskazuje, że są to najwcześniejsze znane teksty pochodzące spoza Europy, które dotyczą procedur decyzyjnych.
W tekstach tych głosowanie większościowe jawi się jako główny sposób, w jaki powinno się podejmować decyzje we wspólnocie klasztornej. Odbywa się ono przez głosowanie tajne (przy użyciu kijków do głosowania), przez podniesienie ręki lub wyszeptanie swojego głosu do ucha innego zakonnika. Przewiduje się również, że dane działanie jest bezprawne, jeżeli kierujący zgromadzeniem wie, że większość osób nie zgadza się z podjętą decyzją.
Jednocześnie, w przypadku sporu o to, jak należy stosować przepisy klasztorne, decyzję może podjąć zarówno komisja wybrana w tym celu, jak i większość głosów na zgromadzeniu klasztornym. W przypadku ordynacji lub decyzji o bardzo osobistym charakterze, zaleca się jednomyślność. Zgromadzenie klasztorne ma ponadto przywódcę, który może odrzucać decyzje, jeśli zagrażają one jedności sanghi. Starsi mnisi mogą prosić młodszych mnichów o odstąpienie od opozycji, jeśli uważają, że na szali znajduje się ważne prawo.
Tak czy inaczej, dowody na demokrację w klasztorach buddyjskich są dość mocne. Japońskie dokumenty klasztorne pokazują, że głosowanie większościowe (z japońskiego: tabun) było z pewnością praktykowane w Japonii pomiędzy XII a XIV w; a teksty Vinaji sugerują, że nie było to nowe rozwiązanie, lecz zgodne z tradycją sięgającą początków Buddyzmu.
Czy ta tradycja mogła sięgać jeszcze dalej? Tak uważa Egon Flaig. Sugeruje on, że praktyki demokratyczne we wczesnym Buddyzmie wyłoniły się z kontekstu republikańskich miast-państw starożytnych Indii, które kwitły w V i IV wieku p.n.e. Często rządziła nimi rada szlachecka (sabha) złożona z arystokratów płci męskiej, rządząca samodzielnie lub z pomocą zgromadzenia (samiti).
Czy te miasta-państwa były demokratyczne? Znaczna część odpowiedzi na to pytanie zależy od tego, kto uczestniczył w ich zebraniach, które porównywano do popularnych w starożytnej Grecji zgromadzeń. Niestety, sale, w których odbywały się te starożytne indyjskie zgromadzenia, mogły pomieścić około 500 osób, czyli znacznie mniej niż około 6 tysięcy, które mogły spotkać się na zgromadzeniu pod gołym niebem (ekklesia) w klasycznych Atenach. Zamiast być prawdziwie popularnym zgromadzeniem, samiti mogło po prostu reprezentować nieco mniej ścisłą elitę niż sabha. Prawdą jest, że niektóre źródła greckie, takie jak pisma historyka Diodora Sycylijskiego pochodzące z I w. p.n.e., używały greckiego słowa demokratia w odniesieniu do indyjskich miast-państw. Jednak w tamtym momencie greccy autorzy zaczęli używać tego słowa odnośnie każdego państwa, które nie było monarchią lub republiką. Flaig ma więc prawdopodobnie rację nie nazywając tych indyjskich miast-państw demokracjami, a zamiast tego stosując termin „para-demokracje”.
Co więcej, jak przyznaje sam Flaig, klasztory buddyjskie były bardziej demokratyczne niż indyjskie miasta-państwa pod jednym istotnym względem. Tam, gdzie miasta-państwa posiadały radę szlachecką i nieco mniej elitarne zgromadzenie, klasztory buddyjskie zlikwidowały radę szlachecką i pozostawiły jedynie zgromadzenie. Ponadto, wygląda na to, że ich zgromadzenia obejmowały wszystkich mnichów, nie tylko elitarną część.
Mogło być więc tak, że choć najwcześniejsi Buddyści przejęli pewne demokratyczne idee od republikańskich miast-państw starożytnych Indii, to sami zdecydowali się pójść drogą demokratyczną o krok dalej. Innymi słowy, idea działania demokratycznego w starożytnych Indiach mogła nie być jedynie czymś wiszącym w powietrzu. Być może od samego początku był to charakterystyczny element Buddyzmu jako ruchu.
O tym, że mogło tak być, wspomniano w kanonicznym tekście Pali, Digha Nikaya 16 (DN 16), który dotyczy tego, jak kanclerz króla Magadhy przychodzi do Buddy, aby zapytać, czy powinien zaatakować konfederację Vajii, ligę republikańskich miast-państw.
Budda nie odpowiada wprost, ale zwraca uwagę, że obok wielu innych pozytywnych praktyk w Vajii mają też częste i chętnie uczęszczane zgromadzenia, po czym sugeruje, że tak długo, jak to robią, to król Magadhy nigdy ich nie podbije. Idea jakoby demokracja była dobra częściowo dlatego, że pomaga pokonać wrogów, może nie wydawać się szczególnie buddyjska. Jednak w świecie tak zaciętej rywalizacji, jak rzeczywistość starożytnych indyjskich miast-państw, nie mogło być lepszej rekomendacji dla stosowania rządów większości.
Istnieją zatem dobre dowody na to, że demokracja była czymś, o czym Buddyści od dawna myśleli i co praktykowali. W istocie, Buddyści rozważali i praktykowali demokrację, odkąd w ogóle istnieją. Może się nawet okazać, że jedną z rzeczy, którą wyróżniali się najwcześniejsi Buddyści było to, to że przyjęli demokratyczne podejmowanie decyzji w stopniu większym niż ktokolwiek inny.
Dla tych z nas, którzy przywiązują wagę do działania w zgodzie z tradycją, nie ma powodu, by odrzucać demokrację w naszych sanghach. Działania demokratyczne, takie jak podejmowanie decyzji głosem większości, mają w buddyjskiej historii miejsce co najmniej tak ważne, jak praktyki autorytarne, np. Przekaz Dharmy.
Rzeczywiście, można stwierdzić, że praktyki autorytarne w Buddyzmie były po prostu odzwierciedleniem autorytarnych instytucji, które były normą w wielu krajach na przestrzeni historii ludzkości. Dla odmiany, praktyki demokratyczne można wiarygodnie uznać za nieodłączną część Buddyzmu jako ruchu intelektualnego i duchowego – część, która zbyt długo była przyćmiewana i spychana na margines.
W jakim położeniu stawia to nas jako praktykujących? Cóż, oznacza to, że mamy teraz wybór, nawet jeśli nalegamy na kultywowanie tradycji buddyjskiej. Czy bardziej podkreślimy autorytarne cechy tradycji czy te demokratyczne?
Jeśli położymy nacisk na bardziej demokratyczne aspekty tradycji, to prawdopodobnie nie powinniśmy się zbytnio martwić o to, jak właściwie będzie wyglądać demokracja w naszych poszczególnych społecznościach. Jednym ze sposobów na to, byłoby wybieranie przywódców, podobnie jak głosowanie nad wszystkimi kluczowymi kwestiami stojącymi przed wspólnotą, na wzór klasztorów takich jak Gakuen-ji.
Istnieje też więcej sposobów, na jakie można do grupy wprowadzić więcej demokracji. Na przykład, stanowiska służbowe mogą zostać obsadzone poprzez losowanie nazwisk. W grupie, w której obecnie przebywam, zadanie poprowadzenia wieczornych sesji przydzielane jest stałym uczestnikom w tygodniowej rotacji. W grupie, z którą zwykłem przebywać w San Francisco, przekazywano srebrną sowę lub plastikowego chrabąszcza (każdy przedmiot się nada), przyznając w ten sposób osobie trzymającej chwilowo dany przedmiot prawo do niezakłóconego przemawiania.
Sam nie byłbym zaskoczony, gdybym dowiedział się, że takie zwyczaje są bardziej powszechne, niż może się wydawać; prawdopodobnie wiele małych grup automatycznie utworzyło się w sposób demokratyczny. Nie powinniśmy popełniać błędu w postaci postrzegania tego jako rodzaj działania, który podejmuje się jedynie wtedy, gdy nie jest się prawdziwie buddyjską grupą i nie wie się o uświęconych tradycjach takich jak np. Przekaz Dharmy.
Z drugiej strony, te instytucje buddyjskie – a istnieje wiele dobrych – które nadal podtrzymują praktyki takie jak Przekaz Dharmy, powinny być świadome, że reprezentują w ten sposób jedynie część tradycji – a nie całą Tradycję Buddyjską, kropka. Powinni też wiedzieć, że mogą swobodnie odejść od takich praktyk, nie czyniąc się w rezultacie mniej buddyjskimi.
W jakim położeniu mnie to stawia, pół dekady po szoku związanym z moim spotkaniem oko w oko z tym starszym nauczycielem? Oczywiście, na jakiś czas całkiem zniechęciło mnie to do praktykowania. Po namyśle i rozmowach z przyjaciółki zdecydowałem się jednak przyjąć Schronienie, choć u innego nauczyciela. I nie żałuję.
Od momentu opuszczenia tamtej grupy, zasiadam z grupami Vipassany, czyli grupami medytacyjnymi powiązanymi z Hinduizmem oraz z Religijnym Towarzystwem Przyjaciół (Kwakrami). Przez kilka lat byłem pełnoprawnym członkiem grupy Zen, ale w końcu skupianie się na nauczycielu znów okazało się dla mnie być przesadne (mimo, że ten konkretny nauczyciel wydawał się być całkiem przyziemny).
Obecnie zasiadam z małą grupą, która nie wyznaje żadnej dziedzicznej linii ani nauczyciela. Spotykamy się na zasadzie równości jako ludzie, którzy są zainteresowani wspólną medytacją, a następnie rozmową na jej temat.
Czy jest to grupa buddyjska? Niekoniecznie tak to widzę i nie sygnalizujemy takiego przesłania światu zewnętrznemu. Przede wszystkim jest to grupa, w której praktykuje się medytację, w większości w sposób buddyjski (a nie, powiedzmy, chrześcijański czy hinduistyczny).
Jednocześnie nie ma jednak w tym niczego nie-buddyjskiego. I zdecydowanie nie jest tak, że to nie-buddyjskie, bo działamy w sposób egalitarny. Nie ma powodu, by sądzić, że nie podążamy drogą Buddyzmu tylko dlatego, że nie mamy nauczyciela, którego podziwiamy w kwestiach duchowych i na którego zdajemy się przy podejmowaniu decyzji.
Tak właściwie, jeśli w ogóle myślę o tym w ten sposób, to mam przeczucie, że najwcześniejsi Buddyści, którym wyraźnie zależało na demokratycznych sposobach organizacji, zaaprobowaliby sposób, w jaki to robimy. Czuję, że kontynuujemy ich tradycję duchowej równości, a to daje mi wiele satysfakcji.

James Kierstead

Source: https://tricycle.org/magazine/buddhism-democratic-from-the-start/

Tłumaczenie: Krzysztof Pomykała

 

Reklamy
Napisane przez: Asti | Luty 21, 2017

Po studiach nie ma pracy

Ilu z was słyszało takie słowa: „po tym kierunku studiów nie ma pracy”, „nic nie zrobisz bez znajomości”, „pierwszy milion trzeba ukraść” z ust osób dookoła was? Być może wy też mieliście marzenia, ale społeczeństwo wmówiło wam, że pewnych rzeczy nie da się w naszym kraju zrobić, że nawet nie warto próbować.

Być może zaczęliście wierzyć, że praca i pasja to dwie zupełnie osobne kwestie, bo przecież „z czegoś trzeba żyć”. Być może schowaliście swoje plany i ambicje do kieszeni, idąc na studia, które będzie łatwiej skończyć, albo spędzając czas w nudnej pracy, która nie daje wam satysfakcji. Być może uwierzyliście, że sukces w życiu zależy od ślepego losu, waszego kierunku studiów, sytuacji na rynku pracy, albo kumoterstwa – ale na pewno nie od was samych.

Być może marnujecie swój potencjał. Być może życie to coś więcej. Być może ludzie dookoła was nie mieli racji.

Napisane przez: Asti | Luty 21, 2017

Nil – przemyślenia po seansie

Napisane przez: Asti | Luty 21, 2017

Bodies. The Exhibition.

Jakiś czas temu miałem okazję zobaczyć pełnię ludzkiego ciała. Mięśnie, kości, organy, żyły, należące dawniej do żywych ludzi, odpowiednio wypreparowane, by posłużyły za eksponaty. Dokładnie obserwowałem każdą tkankę, każde włokno mięśniowe. W widoku „naturalnym” i w przekroju. Czy ta zewnętrzna powłoka jest piękna? Z pewnością jej złożoność jest fascynująca. Ale nie ma dla mnie nic „pięknego” w każdej z tkanek. Mogą nas intelektualnie zaciekawić, zainteresować, ale ciężko uznać naszą powłokę za piękną.  Eksponaty były zbiorem aseksualnych tkanek, były przedmiotem, nie podmiotem.  Czy piękny jest zatem sam proces biologiczny, gdy się np. kochamy? Nie, gdyby spojrzeć na to od czysto mechanicznej, materialnej strony, może wydać się zwyczajnie obrzydliwy. Uświadomiłem sobie,  że nie to jest w nas piękne. Piękne lub brzydkie mogą być zależności wobec drugiej osoby. Nasze wrażenia w umyśle. To tam powstaje takie rozróżnienie, na piękno czy brzydotę.  Piękny może być czyjś charakter, piękne mogą być relacje.  Uświadomiłem sobie, że umysł jest jedynym schronieniem; tam tworzy się piękno. Nie ma w tym nic obiektywnego.  Oczywiście, mamy pewne normy, mówiące o tym jak powinniśmy myśleć, ale są płynne niczym rzeka. Jeśli cały świat wydaje nam się brzydki, to taki będzie w każdym przypadku. To oczywiście skrajność, większość zachowuje „unormowane” zrównoważenie między negacją a zachwytem. Uświadomiłem sobie, że wszystkie  tkanki wraz z materią przemijają. Że sam, jako taki eksponat, dla zupełnie obcej mi osoby byłbym jedynie rzeczą.

O co zatem całe oburzenie związane z tą sprawą? Co jest złego w naszej naturze i budowie? Czy pokazywanie ludzkich tkanek jest czymś nieprzyzwoitym? W momencie śmierci kończy się nasza  świadomość, kończy się bycie podmiotem. Powinni to także akceptować katolicy, którzy wierzą, że dusza uchodzi z ciała po śmierci. Brak szacunku? Dla mnie takie ukazanie złożoności ludzkiego ciała, jest swojego rodzaju formą hołdu dla zmarłego. Cała reszta społeczeństwa rozłoży się i zmarnuje, nie przynosząc żadnego pożytku edukacyjnego, co najwyżej uczestniczęć w obiegu  materii. Jeśli zżerają nas robaki i bakterie, to czy nie jest to brak szacunku? Pomyślmy – gdyby ciało zmarłego jadły sępy, a my uznalibyśmy to za oznakę szacunku, byłoby to akceptowalne? Czym różni się jedzenie przez sępy, od jedzenia przez inne stworzenia pod ziemią?

Cała wystawa robi naprawdę silne wrażenie. Warto to zobaczyć, choćby ze względu na to, by zaobserwować swoją reakcję. Pozwala w realny sposób dowiedzieć się wiele o ludzkiej anatomii. Nie budzi wątpliwości, że ma ona cele tylko i wyłącznie edukacyjne. Nie została stworzona by szokować, czy napawać wzrok – ukazane są konkretne tkanki i schorzenia; wszystko opisane tak, by zrozumiały to także osoby nie posiadające wykształcenia medycznego. Całość ma za zadanie pokazać złożoność budowy ludzkiego ciała, pokazać nas takimi, jakimi naprawdę jesteśmy. Zauważamy także, jak podobni jesteśmy do innych gatunków.

Najbardziej szokującym jest możliwość obserwacji rozwoju płodów w różnych okresach dojrzewania. Widać jednak, kiedy taki płód zaczyna przypominać człowieka – w ok. 9 tygodniu. Wcześniej ani budowa, ani kształt nie świadczy o tym, że jest to istota ludzka, nie ma też co mówić o jakiejkolwiek świadomości. Myślę że warto zastanowić się nad tym kryterium także w sprawach aborcji, która w przypadkach patologii bądź zagrożenia życia,  stanowczo  nie powinna być zakazywana.

Napisane przez: Asti | Luty 21, 2017

Medytacja dla początkujących

Wielu z was pewnie miało styczność z pojęciem  „Medytacja”. Jednym kojarzy się to z lewitującym joginem ze złączonymi palcami i wydaje się conajmniej śmieszne, dla innych jest to coś tajemniczego, w co raczej wolą się nie zagłębiać. W gruncie rzeczy w trakcie życia nieświadomie medytujemy bardzo często.

1. Czym jest medytacja?

Najbardziej ogólnie mówiąc, są to praktyki służące do samodoskonalenia. Niemal wszystkie techniki pracy z umysłem i osiągania innych stanów świadomości,  są właściwie różnymi jej modyfikacjami. Istnieją jednak dwie główne definicje medytacji – od łacińskiego słowa meditatio, – co oznacza rozmyślanie, rozważanie jakiegoś problemu, kontemplację. Drugie zaś odnosi się do różnorodnych praktyk pracy z ciałem i umysłem. Chciałbym przedstawić to zjawisko właśnie w kontekście drugiej przytoczonej definicji.

2. Jakie są cele medytacji?

Cele są równie różnorodne, co stosowane techniki. Medytacja może służyć do redukcji stresu i pozbycia się negatywnych emocji, pracy z własną osobowością i wnętrzem, wyciszenia, poprawy zdrowia fizycznego i psychicznego, osiągania innych stanów świadomości, zespolenia lub kontaktu z bóstwem, iluminacji, osiągnięcia harmonii, redukcji lęków (także przed śmiercią), kontroli nad ciałem i umysłem, a nawet osiągnięciu perfekcji w danej dziedzinie i przećwiczeniu procesu umierania (medytacja kataleptyczna, phowa). Modlitwa także zaliczana jest do praktyk medytacyjnych.

3. Jakie są metody pracy z umysłem?

Zasadniczo metody pracy z umysłem można podzielić na dwa rodzaje – skierowane do naszego wnętrza, lub skupiające się na otoczeniu (zewnętrzu).
Medytacja skierowana do wewnątrz służy do zgłębiania i ulepszania swojej osobowości, wzmacniania lub osłabiania pewnych jej aspektów, poprawy nastroju, pracy z emocjami, wyciszenia, harmonii (trans, joga, hipnoza, wizualizacje, mantra).
Medytacja skierowana na zewnątrz służy do rozwijania w sobie Epikurejskiej postawy – „Żyj chwilą” – bądź tu i teraz. Zwiększa koncentrację, intuicję i spontaniczność, pozwala cieszyć się życiem, na co dzień i popełniać w nim mniej błędów.

4. W czym medytacja przypomina śmierć? Czy jest bezpieczna?

Przede wszystkim, naturalnym efektem medytowania jest spowolnienie metabolizmu, oddechu i bicia serca, a także zmniejszenie ciśnienia krwi. Odpowiednie pogłębianie tego stanu, może pozwolić nam niemal całkowicie wstrzymać swoje funkcje życiowe, a następnie powrócić do normalnego stanu. Jest to dość trudne i wymaga wielu ćwiczeń, ale ukazuje to, w jaki sposób możemy dzięki niej kontrolować swoje ciało i umysł. Dzięki medytacji redukujemy lęki – zanim zacząłem medytować, obawiałem się ciemności. Teraz jest ona dla mnie uosobieniem spokoju. Niektóre medytacje służą nawet do przećwiczenia procesu umierania – osoby medytujące wprowadzają się w stan bliski śmierci klinicznej, po czym normalnie z niego powracają. Można się przygotować zatem i na to, na co, zdawałoby się, nikt nie jest gotowy. Jak każde potężne narzędzie, medytacji można użyć w zły sposób, dlatego należy przestrzegać czegoś, co nazywam BHP umysłu. Rozsądnym osobom nic nie grozi, ale warto przeczytać te zalecenia.

5. BHP umysłu? Co to za brednie?

W gruncie rzeczy każda zdrowa osoba posiada coś takiego. Warto pamiętać o nim także w czasie medytacji. Ja stosuję taki system:
a) We wszystkim, co robisz dąż do harmonii
b) Nie oczekuj, nie śpiesz się, nie naciskaj
c) Szanuj siebie i innych, działaj dla ich dobra
Takie ABC wydaje się krótkie i banalnie proste, ale w gruncie rzeczy obejmuje bardzo wiele. Ważne, byśmy równoważyli wszystkie dziedziny życia, nie skupiając się tylko i wyłącznie na jednym – brak równowagi prowadzi do niezdrowych stanów. Postawa roszczeniowa powoduje frustrację i cofanie się w rozwoju, a pośpiech sprzyja pojawianiu się błędów, których nie chcielibyśmy, szczególnie, gdy pracujemy nad sobą. Ostatnia zasada nakłania by nie robić z siebie i innych królików doświadczalnych, byli ostrożni (przesadzanie i brak rozwagi nigdy nie popłaca), by wszystko co robimy służyło rozwojowi.

6. Z czym to się je?

Technik medytacyjnych jest całe mnóstwo – możecie je spotkać zarówno w książkach jak i w Internecie. Nie jest to w gruncie rzeczy nic trudnego, zwykle efekty można zauważyć już po paru dniach ćwiczeń. Opiszę tu swój sposób.
Wedle wyżej wyjaśnionego, własnego podziału, zwykle stosuję medytację skierowaną do wewnątrz. Szukam ustronnego miejsca, a jeśli go nie ma, nakładam na uszy słuchawki bądź stopery, żeby wyciszyć sygnały z zewnątrz. Siadam po turecku z wyprostowanymi plecami i ustawiam się tak, by było mi możliwie najwygodniej. Nie skupiam się na bólu tu i tam, po jakimś czasie ciało samoistnie się rozluźnia. Zamykam oczy i skupiam się na swoich oddechach (można wyobrażać sobie kolejne cyfry, jeśli ktoś chce), oddychając głęboko i spowalniając je coraz bardziej. W trakcie powtarzam czasem jakąś afirmację, czasem majstruję coś przy swoim umyśle, lub wywołuje określony stan, którego mi potrzeba. Gdy czuję, że muszę już kończyć, po prostu otwieram oczy.

7. Co medytacja ma wspólnego z nauką? Czy powoduje jakieś zmiany fizjologiczne?

Od niedawna nauka coraz częściej zajmuje się badaniem wpływu tego typu praktyk na człowieka. Medytacja jest stosowana w psychoterapii, często nawet w przypadku ludzi z ciężkimi zaburzeniami psychicznymi. Spowalnia fale mózgowe, zmniejsza ilość kwasu mlekowego we krwi (redukcja stresu), naturalnie poprawia stan zdrowotny i ułatwia osiągniecie stanu homeostazy w organizmie, zmniejsza ciśnienie krwi i szybkość bicia serca, powoduje trwałe różnice pomiędzy częstotliwością fal mózgowych w tylnej i przedniej części mózgu. Stwierdzono przypadki wyleczeń dzięki medytacji z takich schorzeń jak arytmia serca, bezsenność, bezpłodność, chroniczny ból, migrena, nadciśnienie, depresja. Powoduje także całą masę zmian psychologicznych (poczucie harmonii, większa akceptacja i pewność siebie, odblokowanie emocjonalne, większa empatia, zwiększenie energii życiowej i chęci działania, zmniejszona podatność na stres, łatwiejsza koncentracja, zwiększenie poczucia kontroli , poprawienie osobowości, zmniejszenie zaburzeń psychosomatycznych, umiejętność życia chwilą, zmniejszenie psychicznych reakcji obronnych ( mniej zakłamany ogląd świata), ułatwiających nam funkcjonowanie.

8. Jaki wpływ ma medytacja na mnie?

Medytacja ma ogromny wpływ na moje życie i rozwój osobowości. Zagadnieniem zainteresowałem się w czasie, w którym w życiu wiele rzeczy waliło mi się na łeb i przeżywałem wewnętrzny chaos mimo zewnętrznej pogodności. Byłem przede wszystkim osobą posiadającą duże wymagania wobec świata i miałem w sobie wiele gniewu, ze względu na nie spełnianie moich oczekiwań. Miałem sklarowane poglądy, do wszystkiego co irracjonalne odnosiłem się wrogo. Byłem bardzo neurotyczny, często awersyjny i zamknięty w sobie. Świat widziałem jako wrogi i czułem się do niego zupełnie nieprzystosowany. Moje reakcje zależały od wahania nastrojów…

Jako, że nie mam skłonności autodestrukcyjnych szukałem środków poprawy stanu rzeczy. Stwierdziłem, że sedno sprawy leży we mnie, a nie w świecie, jak dawniej myślałem. W pewnym momencie natknąłem się na medytację.
Po paru dniach osiągnąłem odczuwalne efekty – żadne ćwiczenie wcześniej nie wpłynęło na mnie tak szybko. Byłem spokojniejszy, wszystko stało się jakby pewniejsze i bardziej poukładane. Chętniej pomagałem bliskim, nie wypadałem z równowagi, było mi dobrze i wesoło. Dzięki większym chęciom do życia wydajniej pracowałem na co dzień. Rodzina także zauważyła zmianę i bardziej doceniała moją pomoc i wkład w codzienne życie. Rzeczy, które dawniej były mi wrogie, zacząłem traktować neutralnie, lub z ciepłą wyrozumiałością. Wzrosło poczucie własnej wartości, jedności ze światem – jednym słowem wszystko zaczęło się układać. Nagromadzone w trakcie dnia negatywne emocje rozładowywałem, zamiast chować w sobie. Przeżywałem po raz pierwszy niesamowite stany, których wcześniej nie doświadczałem, zacząłem żyć pełniej. Myślę, że warto posiedzieć chwilę w ciszy, by czuć się szczęśliwym.

9. Bez czego medytacja jest bezwartościowa?

Medytacja jest narzędziem do osiągnięcia świadomości. Bez niej, to zwykłe siedzenie z zamkniętymi oczami. Świadomość i uważność można uzyskać na wiele sposobów, a następnie rozszerzyć jej zakres tak, by obejmowała każdą chwilę naszego życia.

Napisane przez: Asti | Luty 21, 2017

Wiersze o niczym

Proza poezją

Zaglądam przez szybkę.
Wpadają w podświadomy zachwyt
– Nasz mały koan!

Jak żebrak –
niby brudny, obszarpany,
przygnieciony brutalnością piękna

A jednak budzi w nas
Łzy wzruszenia
I człowieka

Wiersze o wszystkim
– O piciu i o miłości.
Bezsens form
I poszukiwań.

I takie wątłe,
Jakby zanik światła
Dotknął nas wszystkich.

Poezja prozą

Napisane przez: Asti | Luty 21, 2017

Czterej uczniowie

Pewnego razu, przechodząc z miasta do miasta, pewien wędrujący mistrz usłyszał zażartą kłótnię. Sprzeczało się ze sobą czterech uczniów różnych szkół metafizycznych, każdy zaś z nich czerwony był od zapału i gestykulował energicznie. Widząc to, mistrz ruszył w tamtą stronę. Gdy tylko nadszedł, jego dobra aura sprawiła, iż każdy z uczniów oddał mu pokłon, zauważając w nim świętego męża. Widząc, iż chcą poprzez niego rozwiązać spór, rzekł:

Przysłuchiwałem się waszej rozmowie i wiem, gdzie leży problem. Niech każdy z was w swoim czasie przyjdzie do mnie na osobistą rozmowę, a przekonacie się, kto z was miał rację.

I tak się stało – jeden po drugim, każdy z nich przedstawiał swój pogląd mistrzowi, argumentując go wedle swej filozofii, by wywrzeć na nim jak największe wrażenie. Mistrz w niewzruszonym spokoju słuchał, co jakiś czas przytakująco kiwając głową i nie uronił żadnego zasłyszanego słowa.

Pierwszy z uczniów twierdził, iż ludzie są z gruntu źli. Drugi myślał odwrotnie. Trzeci uważał, że w każdym jest zarówno jeden, jak i drugi pierwiastek. Czwarty zaś, że nie możemy ocenić, co jest dobre a co złe. Po wysłuchaniu wszystkich, podszedł do każdego z osobna i orzekł mu tak, by nikt więcej go nie dosłyszał – „Masz rację”. Toteż każdy był pewny swego zwycięstwa i ze zniecierpliwieniem oczekiwał werdyktu.

Mistrz zaś stanął na środku pustej polanki, na której uprzednio odbywała się kłótnia i rzekł – „Wszyscy macie rację, a mimo to zażarcie się kłócicie. Czy to nie zbędna strata czasu? Ty  – tu wskazał na jednego z nich – uważasz że jesteśmy z gruntu źli, przytoczyłeś wiele dowodów, świadczących o tym – z subiektywnego poziomu masz rację, podobnie jak ty – tu wskazał na drugiego – który twierdzisz, iż jesteśmy z gruntu dobrzy. Wiele mądrości przejawiasz także ty – tu wskazał na trzeciego – który uważasz, że w każdym jest trochę dobra i zła – w świecie uwarunkowań, tak właśnie jest. Ty zaś – wskazał na czwartego – wskazujesz pogląd świata absolutnego i nieludzkiego, i choć masz racje, nie zastosujesz tego w człowieczej egzystencji.

Tu uśmiechnął się ciepło, widząc zdziwienie malujące się na ich twarzach.

– Nie spotkałem jeszcze, tak zażarcie przekonujących się o jedności swoich poglądów, ludzi.

Po czym chwycił swój kostur podróżny, odwrócił się i ruszył dalej bez słowa.

Napisane przez: Asti | Luty 21, 2017

Inicjatywa Społeczna

Otóż, postanowione. Zawężam ilość odwiedzanych stron do minimum. Nie będę już niepokoił portali swoimi myślami, które w dobie myślenia tylko o sobie i swoimi kategoriami, muszą najwyraźniej być skazane na odrzucenie. Cóż, pozostaje żywić złudną nadzieję, że przyszłość przyniesie zmiany – ostatecznie i tak najwięcej przyjemności sprawia mi sam proces twórczy, a jego ocena może być tylko dodatkową motywacją (lub demotywacją).

Tak się składa, że indywidualista będzie wszędzie odstawał. Nawet jeśli uznają go za swojego, on ciągle będzie to czuł. Indywidualista jest jak banita, który nie umie zapomnieć o wygnaniu. Gdy spotka się z innymi banitami, będzie sprzeczał się, które wygnanie było cięższe i kto przy tym pozostał przy rozumie.

Powodów tej decyzji jest kilka. Pierwszy z nich – mój czas gwałtownie się kurczy, a jakąkolwiek dyskusję zacząłem uznawać, przynajmniej w zdecydowanej większości przypadków, za bezowocną. Nie spotykają się bowiem zwykle dwie, lub więcej osób, o różnych poglądach, ale zdolne spojrzeć z czyjejś perspektywy, rozpatrzeć, lub ew. rozprawiać nad stroną merytoryczną unikając oszczerstw i krytyki. Nie, zdecydowana większość nie wyszła z dyskusyjnej piaskownicy, a łopatki już dawno połamały się o głowy współbraci.

Drugi z nich – w internecie naprawdę niewiele jest stron „na poziomie”. W portalach artystycznych panuje, miast twórczej wymiany, albo atmosfera wzajemnej adoracji i odurzenia pozytywnymi komentarzami, miernych, w większości prac, albo w drugą stronę, bezinteresownego, pełnego negatywnych emocji krytykanctwa, które powoduje, że równowaga jest zachowana. Mam wrażenie że nigdzie tam nie ma „prawdziwych” poetów i pisarzy – tacy rzadko istnieją na jakichś portalach. Odnośnie prac jeszcze – rozumiem całkowicie rzetelne ocenienie świetnej pracy – zdarzają się takie i warto je docenić. Patrząc jednakże na większość „świetnych” prac, odnoszę wrażenie, że bardzo dobrze ocenia się coś zupełnie przeciętnego, a przynajmniej coś, co mnie wogóle nie porusza. Być może i mój zmysł estetyczny i wrażliwość jest inna, i innych bodźców potrzebuje.

Trzeci z nich – to kochane społeczeństwo polskie. Polacy, przynajmniej Ci, których spotkałem na różnorakich serwisach, szczególnie zaś forach internetowych, to malkontenci, krytykanci, twórcy teorii spiskowych i wielcy demaskatorzy. Każdy z nich ma swój teatrzyk, i do prostej rzeczywistości dobudowuje, całą rzeszę znaków tajemnych, które świadczą o moich ukrytych, niecnych zamiarach. Nijak niestety nie umiem się komunikować z takimi jednostkami – i nie uda mi się to zapewne, póki nie nauczę się ignorować człowieka. Bo człowiek wbrew pozorom to dla mnie bardzo wartościowa istota. Istota myśląca, istota na którą trzeba być bardzo wrażliwym. Rozpędzam się i zaliczam wszystkich homo sapiens do ludzi – i tu pojawia się problem. Obrazić homo sapiens i nie traktować go jak człowieka – a zatem ignorować – czy cierpieć z powodu jego słów, głupoty, może zaś na jakiś czas odizolować się i tak popracować nad sobą, by móc tylko ciepło współczuć tym wszystkim homo sapiens, którzy zachowują się w beznadziejny sposób. Wybrałem to trzecie.

Inicjatywa społeczna w Polsce, to rozbijanie sobie głowy o mur. Mur wszystkich epok, które przecierpieliśmy. Jeśli nie wpiszę się w jakiś kanon działania, na zawsze działania będą blokowane – a ja nie zwykłem się w nic wpisywać. Było już kilka takich moich pomysłów, pomysłów, jak wydawało się wielu moim bliskim i znajomym – z dużym potencjałem, które rozbiły się o ten wiekowy mur. Mało kto chce destabilizować ów mur, ucząc się przechodzić przez ściany. Każdy buduje własny mały forcik i przypuszcza atak. Najbardziej zaś szokuje pewność siebie tych działań – homo sapiens, zdecydowanie wiedzą, co mają i powinni robić. Tak zdecydowanie, że się nad tym nie zastanawiają.

Napisane przez: Asti | Luty 21, 2017

Prawda

Krzyczą jedna prawda. I moja.
A Bóg uśmiecha się z góry i mówi do siebie

– Bez odbioru.

Prawda jest jak płacz dziecka szukającego miłości
Kołysanka dla zmęczonego umysłu.

Napisane przez: Asti | Luty 21, 2017

Sałatka Pekińska

„Władza demoralizuje, a władza absolutna demoralizuje absolutnie.” – John E. E. D. Acton

Nie pomogło skakanie z mostów, tudzież wieszanie na nich transparentów, nie pomógł płacz i pełne altruizmu poświęcenie – Olimpiada w Pekinie odbyć się musiała.

Partyzanci najwyraźniej złożyli broń – w świecie, którym rządzą pieniądze, ich płacz, zawodzenie i protesty spotkać mogła tylko milcząca pogarda ze strony „wschodnich kolegów”. Zastanawiam się, czy taka forma protestu, spowodowana była brakiem jakiejkolwiek możliwości pomocy (prawdziwej pomocy!), czy też w swojej naiwności nie zdajemy sobie sprawy, że ludzkie życie się nie liczy.

A teraz garść pieprznych faktów:

W komisji antydopingowej, znajdowało się 99 % procent Chińczyków – paskudna przywara, jaką jest nieufność, każe mi ośmielić się twierdzić, że „żółtki” jadą na wspomagaczach, sprawdzając wszystkich dookoła poza swoimi sportowcami – co zresztą potwierdza fakt spektakularnego zwycięstwa w pływaniu delfinem Chinki, która dotychczas w ogóle nie liczyła się na arenie międzynarodowej, poprawiła rekord życiowy o 4 s i rekord świata w tym stylu – przy czym pod znakiem zapytania stoją jej występy w jakichś turniejach w przyszłości… Brak ambicji, czy może chęć zatuszowania czegoś?

Chiny – 51 złotych medali. USA – 36 złotych medali. Rosja – 23 złote medale.

A teraz igrzyska w Atenach, 4 lata temu:

USA 35 złotych medali, Chiny – 32, Rosja – 27.

O ile poziom USA i Rosji można uznać za wyrównany (na większości Igrzysk Stany Zjednoczone są potęgą), to nagły wzrost formy Chińczyków aż o 29 złotych medali na organizowanych przez nich igrzyskach jest zastanawiający.

Konie, które powinny kochać skakanie, biegają ciężko, omijają przeszkody lub zapierają się przed nimi, szarpią się z jeźdźcami, zrzucają ich, są mało sterowne. Wątpię by była to kwestia jeźdźców (jak sugerowali komentatorzy), którzy wiele lat skaczą i przygotowują się starannie do olimpiady. Tego typu problemowe sytuacje, mieli także ludzie z tytułami Mistrza Świata, nawet, mógłbym rzec, w szczególności. Dwóch węgierskich jeźdźców (jeden z tytułem MŚ, doświadczony, bardzo dobrze wyszkolony) spada z koni. Węgrzy są znani jako jedni z najlepszych jeźdźców – i nie jest to ich wina, ponieważ konie „wysadzają ich” z siodeł. Coś wydaje mi się nie tak.

Tymczasem Chińczycy także mają problemy, co oznacza, że było to świadome podłożenie się (zawodnik który spadł, miał ostatnie miejsce w strzelaniu – żadnych szans na medal), by nie wzbudzać podejrzeń, albo niedociągnięcie organizacyjne (konie zostały niedostatecznie przygotowane?), lub poziom jeźdźców w Pekinie spadł znacznie z niewiadomych przyczyn (zbyt dużo seksu w wiosce olimpijskiej?).

Podsumowując – Uważam że konie pięcioboistów, przygotowywane przez organizatorów nie były dobre, a szczególnie trefne dostali faworyci. Nie wiem czy narowistość można przypisać słabemu przygotowaniu konia, czy jakiemuś syfowi którym można go nafaszerować.

Te trzy argumenty pozwalają mi posunąć się w swej podejrzliwości tak daleko, iż jestem skłonny uważać, że igrzyska, albo zostały sprzedane (chyba ludzie z MKOL nie są idiotami?), albo też Chiny mają na tyle władzy i kontaktów w świecie sportowym, by uszło im to płazem.

Biedni Polacy zaś, zawodzą dalej. W Tybecie mordują ludzi, nam zaś przeszło już ich bronienie, i opłakujemy teraz małą ilość naszych medali.

Przejrzyjmy na oczy. Jednostka w obliczu władzy nie ma żadnego znaczenia. Uczciwość i prawo w jej obliczu, także nie ma znaczenia. Nadal tak kochacie możnowładców?

Trzeba ograniczyć kompetencje władzy do minimum, abyśmy nie mieli serwowanych mocniej stojących kołkiem w gardle, sałatek. Warto się nad tym zastanowić szczególnie w obecnym czasie – mamy tornada, niebezpieczne nastroje Wielkiej Mateczki i Żandarma Świata, naszych dwóch kaczych karzełków, drzewa koło których ktoś nieodpowiedzialny stawia drogi, a potem chce je wycinać, i satanistyczne króliki grasujące po Toruńskich cmentarzach…

 

Older Posts »

Kategorie